Czarna owca

Czyli osoba, która nie spełnia danych oczekiwań, zwykle rodziny, ale też najbliższego otoczenia (szkoła, rówieśnicy…).

Hmm… mam jakieś 20 lat (dobra, 19. We wrześniu będą równo dwie dyszki), więc już kawałek życia za sobą. Według niektórych może mały, ale dla mnie jest to niezły wynik.

Wiem, wiem, zaraz się pewnie odezwie jakiś stary wyga, który powie, że jestem jeszcze młoda i mam mleko pod nosem. Wiecie co? Mam to gdzieś. Dla mnie 20 lat to spory kawał czasu. Nie tak spory, jak 40, 60, 80, 100 lat, ale jednak.

W związku z tym, że mam tyle lat i z czasem nie młodnieję, podnosi się coraz więcej głosów z najbliższego otoczenia typu:

Jesteś na studiach? A masz jakiegoś narzeczonego? Pracę? Praktykę? Pewnie masz dużo kolegów? Na ścisłym kierunku, to pewnie zapiernicz niezły? Co chcesz w życiu robić?

Itd. Itd. Itd.

Wtedy w takich momentach, które zdarzają się, gdy tylko przyjadę do domu na weekend, mam ochotę huknąć:

ZAMKNIJCIE SIĘ I ZAJMIJCIE WŁASNYM ŻYCIEM!

Ludzie, poważnie, kochana rodzinka i znajomi rodzinki nie mają lepszych rzeczy do roboty, niż gadać o mnie? Albo ogólnie o swoich dzieciach, jakby było to jakieś przedłużenie swojego ego? Na weekend raz, czy dwa na ruski rok (Sheffield leży trzy godziny jazdy pociągiem od mojego “rodzinnego” miasta w Anglii, bilety też swoje kosztują), przyjeżdżam by sobie odpocząć od studiów, a tymczasem po weekendzie w domu wracam do “Steel City” jak na skrzydłach i mam kaca gorszego, niż po pamiętnej imprezie na początku roku, chociaż nic nie piłam!

Nie, nie mam żadnego “narzeczonego”. Nie, nie mam pracy, ani praktyki, ani stażu, ani chuj wie co jeszcze. Ciągle szukam. Nie, nie mam dobrych ocen. Wręcz zawaliłam rok i mam cztery poprawki. Trzy na w sumie 7000 słów i jeden test. Shit happens. Nie, nie jestem popularna. Krążą o mnie co prawda przeróżniaste legendy na roku, lektorom się śnię w najgorszych koszmarach, na dźwięk mojego imienia jedna z nich łyka Valium, a na kursie wszyscy kojarzą mój czerwony łeb, ale mam raczej wąskie grono towarzyskie. Nie, że nie lubię ludzi, ale jestem introwertykiem – lubię własne towarzystwo i spokój. Nie mam też bladego pojęcia, co chcę w życiu robić.

Tak samo z jedzeniem. Od przyjazdu na studia zmieniłam nieco nawyki żywieniowe. Wbrew stereotypom, w tą dobrą stronę. Więcej owoców, warzyw i nasion, mniej mięsa. Głównie ze względów ekonomicznych, ale też dlatego, że po prostu lubię “roślinki”, a mięso stosuję teraz raczej jako dodatek, niż składnik główny. Owocowe smoothie z rana lepszym zastrzykiem energii, niż kawa! Znowu, współlokatorzy czasami strzelają na mnie oczami, gdy zamiast trzeciego w tygodniu jedzenia na wynos, robię pieczone ziemniaki z guacamole, czy inne cuda. Z tym, że później, nie ja narzekam na brak kasy na koncie, czy problemy natury układu pokarmowego. Sylwetka też jakaś szczuplejsza dzięki temu…

Nie lubię też Świąt. Przynajmniej nie przepadam. Nerwica mnie trafia, gdy widzę na Facebooku niektórych znajomych, którzy udostępniają memy typu “Jeszcze X tygodni do Gwiazdki!”. LUDZIE! DOPIERO CZERWIEC! Sama z resztą, gdybym została postawiona przed wyborem “Wigilia z rodzinką, czy samotny wyjazd w góry na snowboard”, wybrałabym snowboard, spakowała w pięć minut i poleciała, jak na skrzydłach. No co? Rodzina mnie miała na Święta przez ostatnie 19 lat z rzędu i zawsze jest tak samo bez względu na lokalizację! Trochę odmiany! Niech dadzą zatęsknić za wspólnymi Świętami, a nie dziwić się, że im jestem starsza, tym mniej chętna do zasiadania przy wspólnym stole! W ogóle, coś od kilku lat i prostu nie czuję Świąt. Jakichkolwiek. Gdyby nie informacje w radio, TV, czy gazetach i tematyczne produkty w sklepach, uznawałabym je za normalny dzień.

Zaczynam nawet miewać wyrzuty sumienia. Nie dlatego, że nie lubię Świąt, ale dlatego, że robię coś wbrew sobie, bo “tak wypada/rodzina mnie wydziedziczy”. Toleruję wypominanie mi, że jestem “jakaś dziwna” podczas różnych okazji, wścibskie pytania o moje życie i komentarze o tym, jak się ubrałam, tylko dlatego, że nie jestem jeszcze w 100% niezależna finansowo. Gdyby nie to, rodzinka by mnie nie zobaczyła przez co najmniej następny rok, albo wygarnęłabym to i owo, i wyszła z hukiem. Tak po prostu, bo mam taki kaprys i czuję, że coś się we mnie kotłuje, gdy po raz tysięczny słyszę “Masz jakiegoś kawalera?”

Oto ja, czarna owca.

Advertisements

Jak popełnić samobójstwo szybko i bezboleśnie – podsumowanie

Rok temu napisałam tekst, przyłączając się do akcji znanego blogera “Stóp samobójstwom!”. Od tamtej pory na mojego bloga trafiło blisko 30 osób wpisując w wyszukiwarkę internetową słowo “samobójstwo” w różnych kompilacjach. Według niektórych, nie jest źle. Według mnie – o 30 za dużo.

Chcę popełnić samobójstwo.
Jak popełnić samobójstwo?
Jak ze sobą szybko skończyć?
Jak popełnić samobójstwo szybko i bezboleśnie?
I inne

Nie będę mówić o zatrważających statystykach, czy o tym, jak mnie to szokuje. Wszystko to słyszeliśmy wcześniej. Szczerze? Wcale mnie to nie szokuje.  Po prostu rozumiem. Sama byłam kiedyś w podobnej sytuacji. Widząc innego młodego dorosłego ze szramami na nadgarstkach, ramionach, nogach, czy innych częściach ciała nie oceniam, bo wiem, jak to jest chcieć zniknąć z tego świata.

Mówi się, “gówniarzeria ma za dużo w dupie, za dużo czasu i internetów, to im odwala”, lub też po prostu, że jeśli nie ma wojny, komunizmu, władzy wtrącającej do więzienia za złe spojrzenie na plakat propagandowy, biedy, to nikt nie ma prawa mieć problemów ze sobą, lub z otoczeniem. Mówię też o tym najbliższym, jak rodzina, czy szkoła, gdzie młody człowiek teoretycznie powinien się czuć bezpiecznie.

Co jednak, jeśli tak nie jest?

Powiedzcie mi, co tak naprawdę wiemy o tej dwunastoletniej okularnicy, która nie potrafi się postawić, czy rozmawiać z ludźmi? Może mimo tego, że jest czysta i głodna nie chodzi, to ma kompleksy przez ojca, który nie potrafi zaakceptować tego, że jego córeczka zmienia się w kobietę, i zamiast mówić jej, że jest piękna, czy też po prostu normalna, naśmiewa się z niej? Do tego przemoc psychiczna, kłótnie rodziców, okazjonalne bicie i manipulacje? Strach o to, czy znowu nie dostanie w dziub za kolejną pałę z języka niemieckiego? Czy nie będzie nazwana “śmierdzącym leniem” dlatego, że nie idzie jej najlepiej z kilku przedmiotów, chociaż się stara?

Albo fakt, że w szkole koledzy z klasy naśmiewają się z niej do tego stopnia, że ze strachu i stresu przed kolejnym dniem boli ją brzuch, co oczywiście kochani rodziciele uznają za symulowanie? Fajnie tylko, że córka zamiast siedzieć na przerwie w rówieśnikami, udzielać się na lekcji, woli ukrywać się w toalecie, lub między regałami ksiazek z biblioteki, by mieć chociaż pięć minut świętego spokoju, albo ucieka w swój świat, wymyślając historie, które nigdy się nie spełnią. Po prostu, dla niej jedyny świat, nad którym sprawuje jakąś kontrolę jest w jej głowie. Chociaż i to niekoniecznie… Dlaczego? Dlatego, że rówieśnicy się naśmiewali. Tu z biustu, tam z kręconych włosów, jeszcze gdzie indziej z okularów, czy niesymetrycznych oczu. Dla starszych być może jest to “głupie gadanie” albo “końskie zaloty”. Tymczasem dla niej był to niemal terror.

Czuła się niekochana. Zaszczuta, jak bezdomny pies. Tak po prostu. Do tego stopnia, że miała ochotę sobie coś zrobić, bo skoro nikt jej nie kocha, niby czemu ma dalej żyć? Jak to jest, że dwunastolatka, chociaż ma zapewnione podstawowe potrzeby, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ma ochotę zniknąć z tego świata?

Ile ludzi, tyle historii. Nie lubię, gdy ktoś bagatelizuje problemy mojego pokolenia, tylko dlatego, że dopiero wchodzimy w dorosłość, czy chodzimy jeszcze do szkoły. Niektórzy mają depresję, czy fobie, które są tak mocne, że nie pozwalają prawidłowo funkcjonować. Tylko dlatego, że nie wygląda się jak dziecko z patologii, nie znaczy, że jakiejś patologii, czy dysfunkcji w domu nie ma. To, że się ktoś uśmiecha, nie znaczy, że nie ma problemów. Kto wie, czy za zamkniętymi drzwiami, ta sama osoba, którą uważa się za popularną, nie płacze po nocach w poduszkę przed pójściem spać, bo czuje się bezwartościowym śmieciem? Tak po prostu, bo kiedyś tej osobie tak mówiono niemal codziennie?

Dziś ta dwunastolatka ma lat dwadzieścia i problemy sama ze sobą. Dręczą ją koszmary, natrętne myśli, nie potrafi się odnaleźć wśród ludzi, bo nie wie po prostu, jak się integrować. Nikt jej tego nie nauczył. Nie pozwalano jej na imprezy, domówki, prawdziwą integrację z rówieśnikami bez gestapo zwanego rodzicem, aż się nie wyniosła na studia. Dopiero teraz się uczy, jak żyć. Chociaż jest ładna, koledzy w skali od jednego do dziesięciu dają jej od siedem do dziewięć i pół, ma zaniżoną samoocenę, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się być pewna siebie. Dalej się czuje niekochana. W związkach z płcią przeciwną często wpada z deszczu pod rynnę. Wie, że w tak młodym wieku raczej nie znajdzie partnera na stałe, ale mimo to myśli, że nikt jej nie pokocha tak po prostu, i że w wieku trzydziestu lat zostanie z niczym, chociaż ma dobrych kolegów, którzy są dla niej, jak rodzina.

Często jakiś banał potrafi sprawić, że ktoś się załamie, jeśli będzie się ten banał temu komuś wytykać niemal przez całe życie.

Poważnie, jak tu nie mieć problemów sam ze sobą, gdy dostaje się sprzeczne komunikaty? Rodzina mówi jedno, rówieśnicy drugie, nauczyciele trzecie, media czwarte. To już nie jest świat, jak w latach 50′ ubiegłego wieku w Ameryce, gdy wszystko było proste. Od młodych oczekuje się, że w wieku dwudziestu lat będą mieli studia, pracę, dom na kredyt, życie towarzyskie, już po ślubie z dzieckiem w drodze, podróżowali i inne. A gdzie w tym wszystkim młody człowiek? Kiedy niemal nikogo nie obchodzi to, co on/ona czuje, a problemy są bagatelizowane przez ponoć dorosłych, którzy mówią “Za naszych czasów było gorzej! Wymyślasz! Poczekaj, aż będziesz dorosły i na swoim! Masz za dużo czasu, to odwala!”?

Szkoła – three years after

Wiecie, co? Ciekawe jest to, jak życie potrafi się potoczyć w trzy lata po skończeniu szkoły. Przynajmniej tej obowiązkowej. W związku z tym, że mieszkam w Anglii, i edukację obowiązkową mam za sobą od czerwca 2013 roku, mam prawo też tak twierdzić.

Schodząc z tematu, dziękuję za to sile wyższej, bo nie wiem, jakbym wyrobiła przez dodatkowe dwa lata, jak w Polsce, w klasie typowej dla szkół publicznych – duża klasa, dużo hałasu – prowadzonej przez nauczyciela, który ma tą klasę za gówniarzy, chociaż w świetle prawa mogą juz robić prawo jazdy, czy głosować!

Do tematu wracając, opowiem wam o pewnych kolegach z mojej szkoły zarówno w Anglii, jak i w Polsce. Na pierwszy ogień, kraj rodziny królewskiej.

Otóż, ci koledzy byli typowymi rozrabiakami. I to tego sortu, który co chwila ma zawiasy w prawach ucznia. Gdy byli w szkole, a raczej bywali, potrafili rozwalić dosłownie klasę, zastraszyć słabszych, w tym mnie, i inne machlojki. Uważali się za zajebistych, bo mieli grupę raperską i chcieli być jak 50 Cent. W sensie panienki, dragi, alkohol, imprezy itd. Nawet byli nieźli, wbrew wieśniackiemu akcentowi typowego dla angielskiego dresiarstwa, muszę przyznać. Fajnie tylko, że tak kozaczyli, że w końcu poszli siedzieć za posiadanie narkotyków klasy A wartych sześć tysięcy funtów i pobicie nieletniego. Cała piątka dostała po siedem lat za kratkami. Ciekawe, jak teraz kozaczą wśród poważnych kryminalistów, którzy pewnie są dwa razy tacy, jak oni.

Miałam też koleżankę w ławce na angielskim. Hipokrytka. Mi mówiła, bym się nie odwracała i się uczyła, a sama się odwracała ciągle, jakby miała jakiś kurcz szyi. Bym nie gadała, a sama gadała z typem z ławki za nami. Wkurzająca osoba. Wbrew temu, co sobie być może wyobrażacie, nie była tlenioną blodyną z centrymetrową tapetą na twarzy, tylko zwyczajną okularnicą, jak ja. Uważała się za najmądrzejszą, twierdziła, że zostanie lekarzem, czy innym prawnikiem… A oblała wszystkie egzaminy z góry na dół. Jej najwyższą oceną była D (w Anglii są oceny od najwyższej A*, A, B, C, D, E, F, G i U. Od D i niżej, nie zdaje się egzaminu i trzeba powtarzać) i przyjęli ją jedynie na fryzjerstwo. Nie dyskryminuję zawodu fryzjerki, w żadnym wypadku! Sęk w tym, że skakała wyżej niż – sami dokończcie – a mi wróżyła, że jeśli nie będę zakuwać, to obleję i nigdzie w życiu nie dojdę. Fajnie tylko, że z wybiórczym podejściem do nauki moją najniższą oceną na maturze jest C, co oznacza, że zdałam śpiewająco. Jedynie angielski nieco zawaliłam – brakowało mi dwóch punktów do C, ale poprawiłam to w następnym roku w college.

Ocenami ze szkoły średniej i tak mogę się obecnie podetrzeć, ale to temat na inny wpis.

Co do Kraju nad Wisłą, też było w nim nieco “okazów”. Ze znajomymi z Polski nie mam już kontaktu. Każdy poszedł swoją drogą, a droga niektórych nie pasuje mi, tak samo, jak moja droga nie pasuje komuś. Każdy żyje swoim życiem, ma innych znajomych, niż w podstawówce – trudno, życie.

Mimo tego, że w Polsce znałam naprawdę różnych ludzi, to szczególnie w pamięci zapadła mi jedna dziewczyna z sąsiedztwa.

Była/jest rok starsza ode mnie. Jak patrzę na nią z perspektywy czasu, to manipulantka i kłamczucha, która nie potrafi się przyznać przed samą sobą, że coś zawaliła, tylko szuka winy w innych. Już od małego. Podobnie, jak koleżanka z ławki w Anglii na angielskim, wyżej skakała, niz… Kiedy się dowiedziała, że wyjechałam za granicę, to z tego, co mówiła mi moja kuzynka, która mieszka nadal w naszym rodzinnym mieście w Polsce, w okolicy “mojego podwórka”, ta koleżanka najgłośniej krzyczała i robiła zakłady, że pewnie zajdę “w tej Anglii” w niechcianą ciążę, a ona będzie nie wiadomo kim za X lat. Hmm…. Ciekawe jest to, że ten zakład przegrała. To ona zaszła w niechcianą ciążę w wieku 16, czy 17 lat, ponoć siedzi na zasiłku w mieszkaniu, które dostała od państwa, z toksycznym facetem. Nie twierdzę, że fakt, że studiuję, daje mi jakiś tam status, ale sądzę, że życie jednak idzie mi nieco lepiej, niż jej. I oby tak dalej, oby ciągle było lepiej. Pomału, ale do przodu.

Jaki wniosek z tego wpisu? Wnioski pozostawię dla Was. Jednak dla mnie te wszystkie osoby stanowią jakiś tam wzór, lekcję, że czasami jednak lepiej trzymać dziub na kłódkę, bo nie wiadomo, czy Twoje życie nie potoczy się zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażasz. Tak samo, jak lepiej zostawić słabszych, czy “dziwaków” w spokoju – nigdy nie wiesz, czy ich życie przypadkiem się nie potoczy w tą stronę, którą to ty chciałeś obrać. Taki paradoks – skoro sam nie jesteś dobrym człowiekiem, to twoje marzenia spełni ktoś inny. I to ten ktoś, po którym w życiu byś się tego nie spodziewał. To chyba się nazywa karma?

Impossible is nothing

Niemożliwe nie istnieje. To będzie dzisiejsza myśl przewodnia mojego wpisu.

Kiedy byłam mała – a raczej mniejsza – miałam kilka marzeń. Wśród nich były wyjazd za granicę, mówienie w kilku językach, studia, koncerty, bycie ładną, bycie “grubą rybą” i inne niby pierdółki, które się roją w główce osóbki z jednocyfrowym wiekiem.

Wszystkie te “pierdółki” mają w sobie jeden mianownik. Mianowicie fakt, że różne osoby, zwykle dorosłe, sprowadzają na ziemię słowami, że pewne rzeczy są niemożliwe do zrealizowania bez kasy czy znajomości. Trochę mnie to boli, bo dziś mam prawie 20 lat, studiuję, mówię na co dzień w dwóch językach, a miasta takie jak Londyn, Manchester, Liverpool, Sheffield, Bristol i wiele innych wcale nie brzmią dla mnie egzotycznie, obco, bo wystarczy, że wsiądę w najbliższy pociąg, czy autobus i jestem na miejscu w kilka godzin. Mało tego, znam parę słów z lokalnych dialektów. Czy jestem ładna, to już kwestia czyjegoś gustu, ale sama siebie za taką uważam. Grubą rybą nie jestem (jeszcze), ale powiedzmy, że wszystko jest na dobrej drodze.

Kiedy myślę sobie o tym, gdzie jestem obecnie, i o tamtych osobach, które mówiły to magiczne słowo – “niemożliwe”, to uśmiecham się pod nosem i mówię “z czym do ludzi?”. Uznajcie mnie za osobę arogancką, czy niepokorną, ale serio, gdyby życie ułożyło się wam tak, a nie inaczej, i to w ten pozytywny sposób, to co byście myśleli? Że to dar od Boga? Śmiech na sali! Sama sobie to wypracowałam! Z drobną pomocą życzliwych mi osób i dzięki faktowi, że zamiast mówić “to niemożliwe”, mówię “czemu nie?”.

Tym sposobem niedawno miałam rozmowę kwalifikacyjną o staż w jednej ze znanych angielskich drużyn piłkarskich. Bez znajomości, z podstawową wiedzą z dopiero skończonego pierwszego roku studiów i niezbyt rozległym CV. Stażu, niestety, nie dostałam, ale jeśli zaprosili mnie na rozmowę, to chyba jednak robię coś dobrze. W końcu ten lub gra w Premier League! Trudno, spróbuję gdzieś indziej. Ewentualnie wrócę w przyszłym roku, ale się nie poddam. Jeszcze mnie kiedyś zobaczycie w TV na jakimś stadionie, i to nie w roli cheerleaderki.

Pierwszy rok za pasem

Właśnie dostałam powiadomienie od wordpress, że założyłam bloga dokładnie rok temu. Shit, jak ten czas leci!

Mimo tego, że rok minął już jak z bicza strzelił, nie będę tu prawić motywacyjnych gadek o tym, ile się zmieniło, ani o wielkich planach co do bloga. Prawda jest taka, że nie wiem, co zrobić z tym fantem zwanym angielskapolka.wordpress.com. Studia za pasem, czwartego maja mam ostatni egzamin, dlatego ostatnio tak cicho i na blogu, i na fanpage, a później poprawki. Cóż, zawaliłam pierwszy semestr, więc teraz pokuta. Nie pozbędą się mnie tak łatwo z uczelni, oj nie! Lektorzy przecierpią ze mną jeszcze dobre dwa lata conajmniej i nie ma zmiłuj!

Z drugiej strony, tak co do studiów, niedawno oglądałam “Legalną blondynkę”. Wiecie, blondi studiująca najpierw modę, która wybiera się na prawo. Na początku jest taką czarną owcą na zajęciach, a w końcu kończy studia z wyróżnieniem, pracą, narzeczonym i dobrymi przyjaciółmi. Pomyślałam sobie wtedy “kurde, normalnie ja!”.

Dlaczego? Co mogę mieć wspólnego z kultową postacią, jaką na pewno jest blondowłosa Elle Woods?

Wbrew pozorom, całkiem sporo. Pierwszy semestr właśnie to u mnie pasmo pomyłek. Zawaliłam swoje priorytety. Osoby, które uważałam za fajnych kumpli w pewnym momencie mnie wystawili do wiatru. Facet, którego uważałam za “tego jedynego” zerwał ze mną przez… Snapchata. Wychodziłam na imprezy, na których się słabo bawiłam, by się dopasować. Akademicko, też słabo. Olewałam zajęcia i terminy zdawania prac, czy robienia prezentacji, przez co właśnie mam powtórki po końcowych egzaminach. W ogóle, czarna owca ze mnie w mojej grupie seminaryjnej. Lektorzy mnie kochają, lub nienawidzą, a koledzy uznają za lekkiego dziwaka.

W sumie, trochę zatraciłam samą siebie.

Później przyszedł punkt zwrotny pod tytułem “chrzanić wszystko, jadę w góry”. Nie był to spontaniczny wyjazd, bo zabookowałam sobie miejsce dosłownie w pierwszy dzień zapisów. Znowu, byłam nieco odludkiem. Mówili na mnie człowiek-widmo, bo wychodziłam na stok bladym rankiem, by wrócić po zamknięciu ostatniego wyciągu i iść spać, zamiast na imprezę. Jednak samotne wypady na trzytysięczno-metrowe, ciche, chociaż tłumnie uczęszczane, szlaki, pewne osoby, które tam poznałam i raczej nigdy więcej nie zobaczę, i górskie powietrze pomogły mi trochę poukładać sobie w głowie.

Po powrocie do Anglii, i paru innych następujących wpadkach przemeblowałam nieco swoje życie. Pierwszym priorytetem zrobiłam naukę, drugim – własne zdrowie psychiczne i komfort, i dopiero trzecim całą resztę. JA jestem najważniejsza, mówiąc w skrócie. Nie chodzi o to, że siedzę w swojej strefie komfortu i stałam się kujonem bez życia prywatnego, ale stosuję małe kroczki, by poszerzyć tą strefę. Nie rzucam też wszystkiego dla znajomych, którzy chcą ze mną gdzieś iść akurat na wieczór przed ważnym testem, który ja mam. Jak są dobrymi znajomymi – zrozumieją. W końcu impreza nie zając. Jeśli nie – trudno. Odpuszczam.

W każdym razie, zawzięłam się, by nie poprawiać i tego semestru, który jeszcze trwa. Jednak i tak będę musiała napisać jeden test w lipcu, bo lektorowi nie było łaska wysłać maila informującego o zmianie terminu, wrrr! Piekło mu zrobię na drugim roku! Piekło! Anyway, niedawno oddałam pracę na 2000 słów, która zajęła mi aż sześć stron razem z tabelami wyników moich “badań” i zrobiłam ze swoją grupą 20-minutową prezentację, która ponoć okazała się najlepsza wśród pierwszoroczniaków. Jaką ocenę dostanę – się zobaczy. Bylebym zdała. Ale czuję w kościach, że będzie dobrze. Jeszcze tylko ten egzamin z biomechaniki, który śni mi się po nocach.

Jeszcze tylko załatwić sobie praktykę na drugi rok (w tym kraju najlepiej szukać ze sporym wyprzedzeniem) i heja! A co będzie na sam koniec studiów, się zobaczy. Może i ja stanę przed całym rocznikiem na podium, by wygłosić pożegnalną mowę? Z dyplomem z wyróżnieniem w jednej ręce, pierścionkiem na palcu u drugiej, lojalnymi przyjaciółmi przy boku i dobrze płatną pracą czekająca na mnie “od poniedziałku”?

Niby życie to nie film, ale najlepsze scenariusze pisze życie, prawda?

PS. Kurczę, miało być o blogu bez motywacyjnych gadek, a wyszła właśnie motywacyjna gadka o życiu! Trudno, wypadki się zdarzają. 🙂

I love rock and roll

Śpiewała Joan Jett & The Blackhearts w latach 70-ych, a ja w 2015 śpiewam razem z nią.

Uwielbiam muzykę rockową wszelkiej maści i pochodne. Od klasyków typu Aerosmith, Def Leppard, AC/DC, czy Bon Jovi, przez Linkin Park, od których się wszystko zaczęło na bardziej poważnie i świadomie, Papa Roach, Three Days Grace, ukochane od zawsze Evanescence, aż po zespoły, które według mnie są bardzo spoko, ale “tru metali” przeprawiają o palpitacje serca (Bullet for my Valentine, Bring me the Horizon).

Podobno zawsze lubiłam muzykę z wyraźną gitarą i perkusją. Moja mama twierdzi, że jako mały berbeć zasypiałam dopiero, gdy ojciec puścił mi Queen albo Bon Jovi. Wiem, byłam dziwnym dzieckiem. Zamiast zasypiać do kołysanek, rodzice musieli mi puszczać “Another one bites the dust” albo “Livin on a prayer” na kasecie. Zanim zaczęłam się interesować zespołami, a mój wiek miał jeszcze liczbę jednocyfrową, miałam banana na twarzy i przekręcałam tekst po swojemu, gdy w radio puścili coś cięższego, a gdy któryś z rodziców przełączał akurat stację, to był ryk. Za to babcia załamywała ręce i chciała wzywać egzorcystę, gdy za nic nie chciałam słuchać Majki Jeżowskiej i innych wykonawców dla dzieci. Pamiętam do tej pory, jak straszyła mnie piekłem, bo muzyka rockowa/metalowa to twór szatana. Brr… Trauma na kilka lat. Obecnie, gdy słyszę, że rock jest muzyką szatana, mówię “Za to Nicki Minaj jest nieskalaną dziewicą Maryją?”.

Później przyszła niechlubna faza emo i Tokio Hotel. Pominę ten szczegół z mojego życia, bo szkoda gadać.

Po Tokio Hotel, kiedy miałam jakieś 12/13 lat, ktoś mi podesłał na naszej-klasie (Boże, ktoś to jeszcze pamięta?) link do piosenki Linkin Park i od tamtej pory niemiecki zespół poszedł w odstawkę i zastąpili go Amerykanie. Obecnie nie słucham LP za często, ale mam ich pierwsze dwie płyty, a “Numb” i “Somewhere I belong” uważam za klasyki. Do tej pory pamiętam, jak obie piosenki kiedyś leciały w radio i aż łezka się kręci.

Do tej pory wynajduję różne perełki, jeśli chodzi o zespoły rockowe i powiem tyle – według mnie, ze wszystkich gatunków muzycznych, jeszcze rock i metal się dumnie trzymają w porównaniu do popu, czy rapu. Przynajmniej tego puszczanego w radio, byście mnie nie zlinczowali.

Jedno, co mnie boli, to to, że nigdy nie byłam na żadnym koncercie/festiwalu. Miałam jechać zeszłego lata na Rock am Rring, ale, kurwa mać, uciekł mi samolot przez błąd na tablicy informacyjnej, a linie lotnicze nie chciały mi zwrócić kasy za straty (bilet lotniczy, na festiwal, paliwo do samochodu itp.). Trzysta funtów poszło się kochać! Nawet nie chodzi o kasę, ale o to, że strasznie chciałam tam pojechać już kilka lat, zobaczyć swoich ulubionych wykonawców na żywo, siedząc na barach jakiegoś przystojniaka i krzyknąć na całe gardło bez strachu, że ktoś uzna mnie za chorą psychicznie – “Cut my life into pieces, this is my last resort. Suffocation, no breathing, don’t give a fuck if I cut my arm bleeding”. No, ludzie! Gdyby nie to, że byłam zmęczona tym bajzlem na lotnisku, to musieliby chyba na mnie wzywać brygadę antyterrorystyczną!

Z drugiej strony, szczęście w nieszczęściu, bo dwa razy uderzył tam piorun podczas jednego z koncertów. Było ponad 30 ofiar.

Ale nie miało być zrzędingu, tylko o muzyce.

Wiecie, w związku z tym, że lubię taką muzykę, a nie inną, mam dosyć wąski krąg towarzyski, a największy struggle pod tym względem, to trafić na jakiegoś fajnego faceta, który też lubi rocka i skórzane kurtki, nie wygląda, jakby tydzień nie brał prysznica, a termin “robienie głupot” nie kojarzy mu się tylko z nawaleniem się na imprezie i wracaniem do domu na czworakach. Niedawno trafiłam na takiego, ale coś się spieprzyło… To historia na być może inny wpis.

Co powiecie na małą playlistę na zaznajomienie się z waszym ulubionym rudzielcem internetu? Dziesięć z wielu moich ulubionych piosenek na dobry początek.

1. Halestorm – Apocalyptic
2. Papa Roach – Face Everything And Rise
3. Dir En Grey – Hageshisa To (Soundtrack z Piły 3D)
4. Avenged Sevenfold – Nightmare
5. Bring me the Horizon – Alligator Blood
6. Kiss – I was made for loving you
7. Bryan Adams – I wanna be your underwear
8. Queen – Fat bottomed girls
9. Def Leppard – Pour some sugar on me
10. Bon Jovi – It’s my life

Pół na pół. Pięć piosenek z tego stulecia, i pięć z poprzedniego. Enjoy!

Pieniądze szczęścia nie dają

Ta fraza jest nam wbijana do głowy niemal od dziecka. Jednak im starsza jestem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to tylko pusty slogan.

Pieniądze nie kupią ci szczęścia!
Pieniądze nie kupią ci rodziny!
Pieniądze nie kupią ci zdrowia!
Pieniądze nie kupią ci miłości!

Czyżby?

Dobra, w takim razie powiem coś wam, zwłaszcza tym, którzy tak zaciekle twierdzą, że pieniądze nie dają szczęścia:

Skoro twierdzicie, że pieniądze nie dają szczęścia, to zróbcie przelew na moje konto. Zrobię z tej kasy dobry użytek. Zwiedzę świat, kupię mieszkanie, albo kawałek ziemi, zrobię sobie babską przyjemność typu SPA, albo nakarmię wewnętrznego nerda całą serią komiksów X-Men i będę się cieszyć jak dziecko. Jeśli pomysł oddania “swoich ciężko zarobionych pieniędzy” w ręce niespełna dwudziestolatce nie uznajecie za zbyt dobry, to w takim razie zasponsorujcie komuś leczenie raka, albo edukację na uniwersytecie komuś, kogo na to nie stać, chociaż ma ambicje, albo pomóżcie rodzinie żyjącej na skraju ubóstwa, by nie musiała oddawać dzieci w ręce systemu. Tym ludziom pieniądze na pewno dadzą szczęście.

Poza tym, przyznajcie, z tą miłością jest tak, że partnerzy muszą być dla siebie nawzajem atrakcyjni, by zaskoczyło. Przynajmniej w pierwszym kontakcie. Nie mówię tutaj o byciu supermodelką, czy modelem, ale raczej trudno o siebie zadbać, gdy ma się dziurę w portfelu. Nazwijcie mnie materialistką, ale osobiście nie brałabym i nie biorę na poważnie kogoś, kto nie ma pracy, albo chociaż się nie uczy. Sama jestem w wieku raczej “uniwersyteckim”, więc na razie jeszcze inaczej na to patrzę. Jednak idźmy dalej. Panie, małe pytanko do was – co myślicie, gdy facet około trzydziestki dalej mieszka z rodzicami, mamusia stawia mu obiadki na stole, i typ nie ma unormowanego czasu pracy?

Zdrowie? Jeśli natura obdarowała końskim zdrowiem, to pogratulować, ale jednak naturę trzeba czasami wesprzeć. O dobre wsparcie dla organizmu bez “hajsów” raczej ciężko. Zdrowa żywność, sport, leki, suplementy, gdy trzeba – wszystko kosztuje. A broń Boże przytrafi się poważniejsza choroba, niż grypa! Na przykład taki rak? Wtedy bez kasy testament i do piachu, chociaż nawet i to ma swoją cenę wyrażaną w walucie.

Rodzina? Ludzie, sama pochodzę z domu, gdzie raczej się nie przelewało. Wiecie, jak to jest być jedynym dzieckiem w klasie, które nie pojedzie na wycieczkę, bo rodzice nie mają kasy? Nawet nie chodzi o wycieczkę, czy ciuchy, czy najnowszy sprzęt sportowy, ale trafia mnie nerwica do pary ze smutkiem i zawodem, gdy słyszę gdzieś na mieście “mamusia ci tego nie kupi, bo mamusi na to nie stać” przy głupim stoisku ze słodyczami za parę groszy. Tak samo ze swojego doświadczenia – niezbyt to fajne, gdy ty masz stare narty, które pamiętają jeszcze upadek Muru Berlińskiego, a reszta klasy nieśmigane nówki. Poza tym, o co najczęściej się kłócą rodzice? Co jest jednym z częstszych powodów rozpadu małżeństw? Pieniądze, a raczej ich brak? Czy dobrze słyszę z drugiego końca sali?

Dobra, podważyłam wasz system wartości, niektórych pewnie wkurzyłam i oburzyłam na każdym możliwym poziomie, to teraz powiem coś z zupełnie innej beczki. Otóż, pieniądze są ważne, i to nawet bardzo. Może nie “naj-naj-naj”, ale powiedziałbym, że należą do topowej trójki. Niestety, pieniądz rządzi światem, jednak nie dajmy się też zwariować.

Sama nie lubię ludzi, którzy uważają, że kasa daje im jakiś tam status, a zwłaszcza tych, którzy sami nie przepracowali jednego dnia, a obnoszą się hajsem rodziców. Mimo swojego krótkiego żywota zdążyłam poznać kilka takich osób. Mam na nich szczególny rodzaj alergii. Nie chodzi o to, że zazdroszczę, czy odzywają się we mnie głęboko zakorzenione kompleksy, ale o to, jak traktują ludzi i jak się chwalą, że czego to nie mają, a tak naprawdę figę by mieli, gdyby nie rodzice, czy spadek po dziadkach lub innej cioci z Ameryki.