Back to school

Wiem, wiem. Raz, że dawno mnie tu nie było, a dwa, że piszę o temacie, który mnie już nie dotyczy. Może i tak, ale mam kilka przemyśleń co do tegoż tematu w związku z tym, co zaobserwowałam podczas ostatnich dni sierpnia, które spędzam w Polsce.

Jestem sobie w jednej z gdańskich galerii zakupowych. Ośrodek rozpusty, konsumpcjonizmu i miejsce, gdzie mój wewnętrzny zakupoholik ma raj. Oglądam książki w księgarni, akurat była przecena, i widzę tę oto scenę:

Kobiecina może koło trzydziestki z chłopcem w wieku szkolnym. Wchodzi do księgarni najpewniej w celu kupienia wyprawki dla syna. Od razu czuć od niej wibrację w stylu “lepiej mnie nie dotykać” i oczywiście co – targa chłopaka za ramię, ten aż piśnie z bólu i babeczka mówi mu teksty w stylu “zobaczysz, Pan przyjdzie i cię zabierze, jeśli będziesz się tak zachowywać”, a chłopak po prostu patrzył sobie na książki. Ja wiem, że brak skupienia u kilkulatka może denerwować, ale nerwica mnie bierze, gdy widzę takie coś! Chłopak sobie patrzy na książki, może coś go zainteresowało, a matka go za fraki, bo kolor długopisów ważniejszy!

Tak samo inna sytuacja, może z innej beczki, ale równie denerwująca. Starsza kobiecina na spacerze chyba z wnuczką (albo córką, nie wiem, pomarszczona strasznie była), której robi wywód na jakiś temat. Usłyszałam jedynie urywek, który mówił “zobaczysz, już nic więcej ode mnie nie dostaniesz!”. Akurat w pobliżu była policja, chyba kogoś aresztowali, na co mała Wiewiórka mówi “o! Policja!”, na co Pani mówi “tak, przyjechali po ciebie, by cię zabrać”, na co dziewczynka omal się nie popłakała. Miałam już babsko za to zjechać, ale się ulotniła z małą. Pewnie, strasz dalej dziecko! Tylko później się nie dziw, że w razie, gdy się zgubi, czy coś się stanie, chociażby twojej starej i durnej dupie, co jest dosyć prawdopodobne, mała będzie wolała się błąkać po okolicy, zamiast podejść do policjanta, lub innej formy władzy, by poprosić o pomoc, bo będzie się bała, że “Pan ją zabierze”. 

Kurwa! Cały arsenał wojenny mi się w kieszeni otwiera na takie sytuacje! Jak nie ma się cierpliwości do dzieci, to się ich sobie nie sprawia! Mało to ludzi z problemami na tym świecie, bo rodzice “chcieli przecież uchodzić za porządnych”, lub “babcia chce zobaczyć wnuki”, więc machnęli jedno, albo kilkoro?

Wiem, wiem, sytuacje wyrwane z kontekstu, ale sama dobrze wiem z autopsji, jak takie gadanie potrafi wpłynąć na małego człowieka.

“Będziesz miała swoje, to zobaczysz!”. Nie, swoich mieć nie będę, bo dobrze znam samą siebie i dobrze wiem, że najpierw muszę sobie sporo spraw poukładać w głowie, rozliczyć z przeszłością, bo przede wszystkim właśnie nie chciałabym sprowadzić na ten świat i wychować kolejnego człowieka z problemami z samym sobą. A im więcej widzę sytuacji, jak wyżej wymienione, tym bardziej się utwierdzam w tym przekonaniu. Według mnie, takie podejście jest chyba lepsze, niż machnąć dwójkę, najlepiej jeszcze przed maturą, ledwo wiązać koniec z końcem i swoje kompleksy przelewać na drugą jeszcze nie ukształtowaną osobę.

Zrobił sie nieco off-topic, a miało być o sprawach szkolnych. Więc dobra, przemyślenie numer dwa.

Idę sobie do marketu i widzę, jak dzieciaki rozdają jakieś ulotki, chyba skauci. Chciałam się prześlizgnąć przez wejście niezauważona, ale dopadł mnie najmniejszy z nich i z wielkimi ślepiami mówi do mnie “Dzień dobry, proszę Pani” i wyręcza mi ulotkę. Serca nie miałam, by odmówić, to wzięłam.

Czytam, akcja w stylu “wyprawka szkolna”. Piszą o tym, jak dużo rodziców nie stać na wyprawki szkolne dla swoich dzieci. Pierwsza myśl – bujda na resorach, kogo nie stać na zeszyty, jakieś kredki, ołówki, długopisy itd.? I wtedy naszła mnie druga myśl – Pamiętasz, jak byłaś w klasach 1-3, to kazali dzieciakom mieć po co najmniej trzy bloki? Zwykły, techniczny i kolorowy. Do tego jeszcze jakieś kredki 100 kolorów, ołówki pięciu twardości, długopisy i koniecznie pióro wieczne. Przecież dzieciak nie może po prostu pisać zwyczajnym długopisem, bo pisać piórem trzeba się nauczyć. Albo klasy już starsze, chociaż nadal podstawówkowe? 4-6 mam na myśli. Trzynaście przedmiotów, do każdego osobny zeszyt, a jak myślę o cenach podręczników jeszcze tych “za mojej kadencji”, to aż słabo mi się robi.

Miałam kupić tylko wodę mineralną i drożdżówki na drogę do Wrocławia, a kupiłam wyżej wymienione, zestaw długopisów, dwa zeszyty, kredki bambino i zestaw ołówków, i oddałam wolontariuszom, którzy kierowali grupą tych dzieciaków przy wejściu. Dla mnie to tylko parę złotych więcej, a komuś może to pomóc. 

Nie chwalę się, nie o to tu chodzi. Po prostu najbardziej szkoda zawsze dzieciaków. Sama dobrze pamiętam, że gdy zapomniałam głupiej bibuły na zajęcia, pieprzonych farbek, czy czegoś innego, to raz, że pożyczenie czegoś graniczyło z cudem, a dwa, że inne dzieciaki potrafiły mnie za to wyśmiać. Nie chcialabym, żeby też ktoś to przechodził, więc chociaż trochę mogę pomóc. Sama niewiele mam, ale dziesięć złotych na kilka przyborów dla kogoś innego mogę wydać. 

I wtedy naszła mnie trzecia myśl pod tytułem “jak nie stać na dziecko, to się zabezpiecza!”, ale mój pogląd na ten temat już chyba znacie.

Advertisements

5 thoughts on “Back to school

  1. W kultrze polskiej dzieci się robi, bo trzeba. Mnie matka nigdy nie chciała, ale “trzeba”, więc od dziecka robiłem za emocjonalny worek treningowy (przeze mnie studiów nie ma! – z których zrezygnowała sporo przed tym jak się urodziłem, itd.). Na robienie dzieci powinny być pozwolenia. :/

    Liked by 2 people

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s