Marzenia spełnione! cz.1

Kojarzycie chyba moją “wiadrową listę”, którą piszę od początku tego bloga? Były punkty o jeździe na snowboardzie i wycieczce w Alpy. Otóż, upiekłam dwie pieczenie na jedynym ogniu.

Pierwszego stycznia 2016 roku o godzinie 18.30 czasu brytyjskiego pojechałam z drużyną uniwersytecką we francuskie Alpy. Konkretniej Tignes. Podróż autobusem zajęła ponad 30 godzin, co obejmowało takie atrakcje jak – pawie współpasażerów, bo niektórzy mądrzy uznali, że fajnie byłoby się najebać w autobusie, drobny kłopot z paszportem na granicy morskiej, wywinięcie orła w obrotowych drzwiach na oczach całej wycieczki (wiem, jestem genialna), sztorm na morzu, który sprawił, że promem bujało, jak nigdy w moim życiu, przystojnego snowboardzistę, do którego nie miałam odwagi zagadać, dzierloty trajkoczące niemal połowę drogi o tym, jak zajebiście nie będzie i innych. Było ciekawie, mówiąc krótko.

W samym resorcie też byłam uznawana za nudną, bo zamiast się nawalić w trzy dupy co noc przez tydzień, wolałam się zaszyć w pokoju z lekturką “Tajemniczy ogród” i zajadać płatki kukurydziane (dziwne mam upodobania tuż przed Szkarłatną Falą) albo sam na sam z kolegą, któremu się ewidentnie podobam lub z grupą jakichś outsiderów, jak ja i grać w karty, a zamiast rano leczyć kaca, to od białego rana do ciemnego popołudnia, dopóki wyciągi były otwarte, szalałam na desce. Jeździć na desce lub nartach w takiej scenerii, to po prostu dar od losu i szkoda wielka by była nie skorzystać!

Właśnie, a propo deski, chcecie poznać relację z moich wszystkich trzech lekcji? Po pierwsze, trafiłam na fajnego instruktora. Fajnego jako nauczyciela, bo jeśli miał cierpliwość do tego, by mi setny raz pokazywać skręt na przedniej krawędzi, to naprawdę miszczu. Jako człowiek też był spoko, bo można było też pożartować. Wizualnie też niczego sobie. I młody. Umówiliśmy się nawet raz na kawę, pogadaliśmy łamanym angielskim (ach, ci Francuzi…). Fajnie było, ale się skończyło.

Wracając do tematu, pierwsza lekcja to była jakaś porażka w moim wykonaniu. Ciągle się wywracałam, jechałam nie w tą stronę, zła krawędź, źle rozłożone siły, pozycja i inne. Następnego dnia wstałam wcześnie, by poćwiczyć na szlaku dla początkujących (początkujących, kuźwa, tyle tam pagórków było, że możnaby oznaczyć ten szlak na czerwono, nie zielono!). Piłowałam to wszystko, aż mi się w miarę udało. Ile ja śniegu się w międzyczasie najadłam i siniaków na kolanach nabiłam, tylko ja wiem.

Druga lekcja, padałam na twarz, dosłownie i w przenośni, ale jechałam dalej. Tego dnia w sumie wyszło około sześć godzin na stoku. Taka byłam zmęczona, że nawet kolacji nie chciało mi się jeść i poszłam spać o szóstej, a wstałam cała obolała o dziesiątej następnego dnia z takimi siniakami, że spokojnie mogłabym być pomylona ze śliwką. Ale zamiast marudzić, zjadłam coś, wzięłam prysznic, ubrałam się i znowu na stok męczyć “materiał”.

Na trzeciej lekcji jeszcze miałam lekki instruktarz, ale bardziej w celu korekty, niż nauczenia się, jak nie zaryć zębami w śniegu. Praktycznie jeździłam sama bez trzymania za rączkę. Nie wiem, czy to ja się tak zawzięłam na ten snowboard, czy instruktor był dobry. Albo to i to? W każdym razie, warto było wydać te dodatkowe £120 za lekcje i wynajem sprzętu razem. W ostatniej godzinie lekcji instruktor zabrał naszą grupę na niebieski szlak… Prawie 3000 metrów nad poziomem morza. Niedaleko było do samego szczytu. To wyżej o kilometr, niż tam, gdzie urzędowali SHU. Powietrze się rozrzedziło i na chwilę mnie zatkało, ale warto było. Takie tam są widoki, że brak słów! I śnieg jak podusia.

Co do mojej grupy, to była niezła komedia. Nie  chodzi o to, że ciągle się wywracali, czy coś, tylko o to, że w pewnym momencie albo uznali, że “oni sami zrobią to lepiej bez niczyjej pomocy”, albo się popłakali, a raczej popłakały, że ciągle się wywracają. No sorry, ale według mnie, jeśli nie potłuczesz dupy kilka razy, nie zedrzesz kolan i się nie wkurzysz na to, że tracisz kontrolę nad własnym ciałem, to się nie nauczysz! No i sęk w tym, że zapłacili z góry za cały pakiet trzech lekcji, więc kto jest frajerem, jeśli zrezygnowali po pierwszej, albo drugiej lekcji?

Nie mówię, że jestem niewiadomo jaka dobra po sześciu godzinach z instruktorem, bo też jak lecę, to lecę zwykle na trzy punkty strategiczne – kolana, dupa, albo twarz. Inaczej się nie da! Jednak jakieś podstawy ogarniam. Muszę tylko poćwiczyć skręcanie na palcach (przednia krawędź) i heja. Dajcie mi tylko deskę, stok, kilka godzin, i wywalić żabojadów, którzy zajeżdżają innym drogę.

Serio, nawet po naszej wycieczce krążył żart, że jeśli ktoś w Alpach na szlaku zajeżdża ci drogę, to pewnie Francuz, bo tacy są waleczni.

Co do “przystojnego snowboardzisty”, to zagadałam go na zawodach Varsity w sekcji wyścigowej… Po kubeczku grzanego wina na dwóch tysiącach metrów dla odwagi, ale gadka w miarę fajnie się kleiła. Nie dość, że przystojny i okazał się być swój chłop, to jeszcze zdołaliśmy pogadać o wytrzymałości alkoholowej, bo zastanawiało mnie, że jest jeszcze trzeźwy po dwóch butelkach wina 20%. Gdzie to ustrojstwo wynalazł, pojęcia nie mam!

Co się okazało?

Otóż to, że ma następujące pochodzenie – dziadek Polak, babcia Rosjanka, drugi dziadek Niemiec i druga babcia Irlandka. Jak tak mu się pomieszały geny, to musi mieć zawodową wątrobę i głowę! No i nie dziw, że przystojny. Wypadałoby się chyba kiedyś zgadać na wódeczkę, co? Tylko numeru od niego nie wzięłam. Dammit! Te oczy będą mi się śniły po nocach… Ale od czego jest research na ukochanym “fejsiku”? Co prawda do Sheffield Hallam pewnie uczęszcza co najmniej 300 facetów o tym samym imieniu, co on, ale ciii.

A może tak balans “strat”? Straty są następujące – jakieś trzydzieści siniaków na obu nogach razem, obity tyłek, w tym kość ogonowa, lekkie limo pod lewym okiem, bo raz niefortunnie upadłam na twarz i gogle mnie uderzyły prosto w kość oczodołową, genialna opalenizna na twarzy dzięki uprzednio wymienionym, zakwasy, jakieś trzy kilo wagi, na co akurat nie narzekam, pomadka do ust, którą zużyłam niemal całą przez ten tydzień (to suche powietrze), przepocone rękawice, para gaci (nie przez to, co myślicie, zboczuchy!), jedna skarpetka, i jakieś 120 euro, co i tak w porównaniu z niektórymi to kropla w morzu. No i lekka choroba wysokościowa w pierwsze dwa dni. Bleee, się człowiek odzwyczai od gór i łapie adekwatną wersję choroby morskiej.

Czy było warto? Kurwa, tak! Najlepiej wydane pieniądze w życiu! Może oprócz dziewczyny, z którą dzieliłam pokój przez te kilka dni. Jest z Londynu, a zachowywała się, jakby się urwała z jakiejś zabitej dechami wiochy. Przykład? Czwarta nad ranem, śpię, nikomu nie wadząc, a ona wpada, jak do stodoły, robi kupę hałasu, drze  się, jaka to impreza zajebista nie była i z kim się nie obmacywała, po czym leci do toalety rzucić mega pawia. No kurwa! Rozumiem, że studia i wycieczki studenckie są po to, by się wyszaleć, ale jednak są jakieś granice! No i jakieś maniery też powinny być zachowane.

Albo nie wiem, może ja jestem nudna i “nie z tego stulecia”. Sęk w tym, że to nie o mnie płeć przeciwna mówi, że każdy może mnie mieć na pstryknięcie palców i że przeleciała mnie cała uniwersytecka drużyna rugby.

Byłam raczej “tą dziwną dziewczyną z czerwonym warkoczem, która w dzień nie rozstawała się z deską, a wieczorem czytała książkę” i “tą wariatką, która zaczęła jeździć ledwo kilka dni temu, a już potrafi zrobić obrót o 180 stopni i wylądować”. Niby prosty trik, niby nic, ale robi wrażenie, gdy bierze się pod uwagę fakt, że przed tym tygodniem nigdy w życiu nie miałam deski na nogach. Nawet klubowi commitees mówili, że jeśli dalej będę tak szybko łapać o co chodzi w desce, to chcą, bym startowała na kapitana drużyny snowboardowej w przyszłym roku. Kto wie? Ja to robię dla zabawy, ale zobaczymy, co będzie za rok.

Co do współlokatorki, też mam swoją “kartotekę”, pod różnym względem, nie mówię, że nie, ale nie rozpowiadam o tym każdej napotkanej osobie. Trochę klasy i kultury, drogie panie!

Ja właśnie wolę, gdy uchodzę za “cichą wodę”, a przy grze w I have never ever… lub przy bliższym poznaniu wychodzą różne ciekawe rzeczy z mojego życiorysu, a towarzystwo jest w ciężkim szoku. “TY to zrobiłaś?” Ludki, to, że nie jestem najgłośniejsza w grupie, nie znaczy, że nie mam swojego za uszami. Sam kolor moich włosów powinien dać coś do zrozumienia. 😉

Advertisements

10 thoughts on “Marzenia spełnione! cz.1

  1. Woo matko ale sie dziewczyno rozpisałas✌️😜 Jeśli chodzi o snowboard to sama jestem początkująca z nieco dłuższym stażem, ale jeśli by tak zsumować dni z tych trzech lat to pewnie wyszłoby ze jednak to ty dluzej jeździsz i lepiej ode mnie😉 Mialas instruktora przez ładnych kilka godz a ja wynajęłam sobie raz na godz😜Moze gdybym byla 5 dni pod rząd bite na stoku z instruktorem to na pewni przednia krawędź bym opanowała do perfekcji bo na chwile obecna sie boje jezdzic tyłem do stoku po złamanym łokciu zeszłej zimy😜🙁 zycze powodzenia😀 Alleluja🐣🌸

    Liked by 1 person

    • Ja ten nieszczęsny przód opanowałam dopiero na sztucznym stoku już w Anglii! Ja się staram jeździć w miarę regularnie, ale i tak sztuczny stok, to nie to samo, co góry. Muszę kiedyś pojechać na cały sezon 🙂

      Like

      • Oo to gdzie w Anglii jest sztuczne naśnieżenie? Tak najlepiej wyjechać na conajmniej tydz i intensywnie ale z uśmiechem na twarzy uczyc sie z instruktorem bo chłopak nie nauczy😜✌️ Pozdrawiam

        Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s