Próbowałam i poległam!

Za namową pewnej osoby, chwilowo starałam się być weganką, czyli zero mięsa i produktów odzwierzęcych, same roślinki.

Weganie i wegetarianie albo inni maniacy zdrowego żywienia pewnie mnie teraz zjedzą żywcem za to, że mam ręce splamioną krwią niewinnych zwierzątek, ale prawda jest taka, że po jakimś tygodniu, czy dwóch mój organizm zaczął po prostu WYĆ o mięso i ser, który tak uwielbiam.

Nie, że żywię się wyłącznie produktami bogate w tłuszcze nasycone. Wręcz przeciwnie, bardzo lubię owoce i większość warzyw, orzechy, nasiona, kocham je wszystkie! Mięso i tak jem rzadko, ale jeśli nie zjem raz na tydzień-dwa dobrze przyprawionych i dobrze upieczonych zwierzęcych zwłok, to dostaję szału. Wybaczcie, jestem najbardziej niereformowalną istotą pod słońcem i argumenty typu “będziesz żyć dłużej, jeśli przejdziesz na dany sposób żywienia” do mnie nie przemawia. Umrzeć, i tak umrę. Jeśli nie ze starości w wieku ponad stu lat, to nie wiadomo, czy jutro jakiś pijany debil mnie nie potrąci samochodem albo czy nie będę ofiarą klęski żywiołowej albo czy któryś syryjski uchodźca nie zrobi pierdut w takt słów “Allahu Akbar” na przystanku autobusowym.

Innymi słowy, na coś trzeba umrzeć. Prędzej, czy później. Nie będę sobie odmawiać przyjemności raz na jakiś czas, bo nawiedzony fan zwierzątek pokazuje mi filmiki z rzeźni. Sytuacja jest o tyle ironiczna, że ja te filmiki oglądam z kawałkiem kurczaka na widelcu bez cienia obrzydzenia. Czołowa sadystka internetu!

Osobiście żyję w myśl zasady “wszystko jest dla ludzi”. Po to jem co najmniej zalecane pięćset gramów owoców i warzyw dziennie, smarzenie zastępuję duszeniem, pieczeniem lub gotowaniem na parze, a zamiast wieprzowiny i wołowiny jem ryby i drób, by raz na jakiś czas zjeść coś, co dietetyków przyprawia o zawał. Lubię raz na jakiś czas zrobić sobie maraton filmowy z kolegami przy joincie i w trakcie zjeść chipsy smażone na oleju palmowym, żelki pełne barwników i cukru w trzech postaciach, czy gotowca z dziesięcioma E-xxx. Albo wszystko naraz, gdy dopadnie mnie tzw. gastrofaza.

Teraz pewnie wychodzę na hipokrytkę, bo we wpisie o Anglikach samych w sobie pisałam, że denerwuje mnie ich marudzenie o bólach głowy, problemach z cerą i złym samopoczuciu, skoro sami jedzą gówno. Sęk w tym, że ja nie jem gówna codziennie, tylko raz na jakiś czas, po czym na następny dzień wracam do normalnego żywienia.

Wracając do głównego tematu weganizmu i wegetarianizmu, muszę jednak przyznać, że zaszła drobna zmiana w moich śniadaniach po przygodzie z wyżej wymienionymi. Zwykle jadłam płatki na mleku, po czym za godzinę znów byłam głodna i nie mogłam się skupić na lekcji/wykładzie. Obecnie robię sobie smoothie z kilku rodzajów owoców. Dziś były to nasiona z całego granatu, banan, solidny plaster ananasa, dwie śliwki i ręcznie wciśnięty sok z całej pomarańczy. Pyszne i sycące. Nie to, co te sklepowe, cieniutkie napoje, które zwykle się pije do posilku jako dodatek. Trochę zachodu z tym jest, ale warto. Nie dość, że jest się sytym przez trzy czy cztery godziny, to jeszcze ma się zaliczone pięć porcji owoców z rana.

Advertisements

5 thoughts on “Próbowałam i poległam!

  1. Życie bez mięsa to jak dzień bez Słońca- niby da się przeżyć ale jakoś smutno 😀
    Podziwiam i szanuje ludzi, którzy potrafią żyć w ten sposób. Marzą mi się śniadania z jogurtem, siemieniem lnianym i wszystkim co zdrowe ale jak narazie nie może mi to przejść przez gardło 🙂

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s