10 faktów o mnie – UWAGA! Pisane pod wpływem napojów wyskokowych!

Chyba nadszedł ten czas, gdy bloger powinien uchylić rąbka tajemnicy o swojej osobie. Już wiecie, że mam dosyć kontrowersyjne poglądy i raczej nie patyczkuję się w ich wyrażaniu, ale tak od strony prywatnej, to nie za specjalnie chyba.

1. Nie lubię alkoholu

Podczas, gdy moi znajomi ze studiów potrafią pić codziennie na umór, ja potrafię siedzieć w barze obejmując butelkę z… Sokiem pomarańczowym. Nie, że jestem wielką abstynentką, bo też lubię od wielkiego dzwonu obalić litr Żóbrówki popijanej piwem na grillu w gronie zaufanych ludzi, po czym mam ciężką pokutę nad porcelaną, albo dwa drinki, by się lepiej tańczyło w klubie, czy lampeczka wina “do obiadu”, ale na codzień jestem “tą dziwną dziewczyną”, która sączy soczek, chociaż na spokojnie może wykupić cały arsenał z monopolowego, bo ma dowód. Po prostu nie lubię tego posmaku po wypiciu, tej jazdy w żołądku oznajmiającej, że zaraz śledź popłynie w górę rzeki, wątroby wywróconej na drugą stronę na następny dzień po paru głębszych, i nie lubię nie pamiętać, co robiłam poprzedniej nocy, więc raczej stronię od tego typu napojów. Wielu znajomych ma mnie z tego powodu za tzw. “frika”, ale wolałabym nie mieć marskości wątroby w wieku 30 lat i zlasowanego mózgu. Poza tym, miny kolegów, gdy opowiadasz, co sami wyprawiali, wygadywali przez całą noc, gdy oni nic nie pamiętają – bezcenne!

2. Mam niebieski pas w kickboxingu…

Który uważam za bezwartościowy. Fajnie jest mieć świadomość, że umie się coś tak dobrze, że ma się kolejny pas, ale wydawać na to grubą kasę? Jeszcze nie mieć gwarancji, czy w ogóle zdasz na kolejny pas? Poza tym, widziałam wielu ludzi na treningach i często było tak, że ktoś niższy stopniem był lepszy od kogoś, kto teoretycznie powinien świecić przykładem dla reszty. Po trzech latach w tym sporcie wypracowałam sobie pewien pogląd – lepiej być zajebistym i nie mieć pasa, niż mieć czarny pas dziesiątego stopnia i tak naprawdę być do luftu. W sumie na wszystkie pięć pasów wydałam blisko £100 funtów, jeśli nie więcej. Nie warto, wierzcie mi. Zwłaszcza, że kickboxing jest z definicji SPORTEM nie SZTUKĄ walki i w założeniu jest jak w boksie – który trafi mocniej i lepiej, wygrywa. Cała filozofia. Widzieliście, by jakiś bokser dzierżył pas? Nie ma też żadnych stopni wtajemniczenia, czy kata jak w kung fu, karate czy tae kwon do. Masz się nauczyć kopnięć, podstawowych bloków i ciosów rękoma, tyle. Także mała rada – jeśli traficie na klub kickboxingu, który “robi pasy” – wyjdzcie stamtąd, wystawcie ocenę “1” na ich stronie na facebooku i lepiej idźcie gdzieś, gdzie naprawdę was nauczą poprawnych technik, a nadgorliwy trener nie napsuje wam krwi. Trener jest dla ciebie, nie ty dla niego, bo to ty jemu płacisz za usługę. Jesteś więc jakby jego szefem. Albo cię więc nauczy, co trzeba bez chorej presji, albo się z wami pożegna.

3. Zbieram drobne do skarbonki

Kiedy zostanie mi reszta z większych zakupów, a akurat nie mam w planach wielkiego prania, które w moim akademiku kosztuje równiutkie £2.80, to wszystkie monety o nominałach 5p, 10p, 20p i 50p lądują w porcelanowym słoiczku, z okazyjnym funtem albo dwoma, a te 1p i 2p zbieram, po czym zamieniam na wcześniej wymienione w sklepie za rogiem i te też lądują w niebieskim słoiczku. Doczekać się nie mogę dnia, w którym pełna skarbonka pójdzie w drobny mak, chociaż taka ładna i policzę, ile mam, po czym sprawię koszmar pani sklepikarce przy zamianie na banknoty. Ile uzbieram? Stówka? Dwie? Trzy? Pięć? Na co pójdą te pieniądze, nie wiem. Może wakacje życia? Prawo jazdy? Pierwszy samochód? Lekcje językowe? Jakieś pomysły?

4. Uwielbiam kreskówki i filmy “dla dzieci”

Disney, Pixar, DreamWorks – kocham je wszystkie! Chociaż sprzedający bilety w kinie i tabun rodziców z dziećmi, które chodzą do podstawówki, patrzą się na mnie jak na jakiś ewenement, kiedy proszę o bilet na “Minionki” albo “W głowie się nie mieści”, to wychodzi na to, że ja mam z tych bajek największą frajdę na sali. Wiecie, jak się śmiałam na seansie “Jak wytresować smoka 2” podczas, gdy na oko dziesięciolatka siedząca obok co chwila patrzyła w telefon ze smętną miną? Niby obecne kilkulatki i ludzie w moim wieku, to jedno pokolenie, ale kiedy ja miałam dziesięć lat, to nieudolnie naśladowałam aktorów tańczących w High School Musical, wyjadałam sąsiadowi wiśnie bezpośrednio z drzewa, po czym wiałam, gdzie raki zimują, kiedy przyłapał i grałam w makao z koleżankami z podwórka! Swoją drogą, kiedy opowiadam znajomym Anglikom o ekscesach dzieciaków w Polsce, ci robią wielkie oczy – “to u was tak można?”. Ci Anglicy mają jednak zrąbane dzieciństwo, ale o tym kiedy indziej.

5. Jestem introwertykiem

Wbrew pozorom, jestem bardzo cicha, i ponoć oschła, bo w porównaniu do ekstrawertyków nie wyrażam swoich uczuć głośno i wylewnie. Co prawda, powiem koledze, by mnie przytulił, bo mam paskudny dzień, że mam dość tego wszystkiego i że czas się pochlastać mydłem w płynie, ale powiem to raczej bez emocji. Chybaże się wkurzę. Wtedy lepiej zejść z drogi! Do tego wystawienie mnie na duże skupiska ludzi przez dłuższy czas wywołuje u mnie mega stres i zmęczenie. Po wszystkich spotkaniach i formalnościach związanych z uniwerkiem i integracją z innymi studentami miałam dość do tego stopnia, że potrafiłam spać od szóstej wieczorem do dwunastej w południe następnego dnia. Nie, że nie lubię ludzi, właśnie mam podejście do ludzi jako przyjaciół, których jeszcze nie znam, ale jeśli nie ma wspólnej płaszczyzny i jesteśmy w głośnym barze/klubie, to nie ma szans. W ogóle, często się spotykam ze stwierdzeniem, że jestem socjopatką, bo kiedy ktoś mi się żali, nie potrafię się postawić w czyjeś sytuacji, chybaże przeżyłam coś podobnego. Umiem za to słuchać i dotrzymywać tajemnic. Kiedyś koleżanka nawet się pokusiła o stwierdzenie, że jestem jak ksiądz-spowiednik bez święceń. Co mi powiesz, nigdy nie opuści tego pokoju/czatu/kręgu/wstaw własne.

6. W podstawówce jeździłam na nartach

Nie miałam w związku z tym jakichś większych sukcesów, ale na większym stoku wywalałam się góra dwa razy na zjazd, biorąc pod uwagę lód pokryty śniegiem co parę metrów, więc niezły wynik. Uroki mieszkania na południu Polski. Właśnie planuję do tego wrócić, chociażby rekreacyjnie ten raz na tydzień-dwa-miesiąc. Dziesiątego będzie okazja by pojechać na kryty stok. Jeśli mi się spodoba, to pojadę na tę wycieczkę w Alpy, o której kiedyś pisałam, że chciałabym pojechać. Trzymajcie kciuki!

7. Mój naturalny kolor włosów, to jasny brąz

Jasny, myszaty brąz, który mnie denerwował. Nie lubię tego koloru, twarz mi przy nim znika! Kiedy pokazuję komuś zdjęcia z okresu, kiedy miałam jeszcze nieufarbowane włosy, ten ktoś też tak twierdzi. Wolę mieć odrosty co miesiac-dwa i dobrze się czuć sama ze sobą, chociaż babcia załamuje ręce – “zniszczysz sobie włosy, a takie piękne loki masz!”. Przez loki też miałam z resztą kompleksy do tego stopnia, że codziennie potrafiłam wstawać o szóstej rano, by palić je prostownicą zanim pójdę do szkoły. Podziękowania lecą do świty z mojej klasy w Polsce, jak i w Anglii. Przez was dobre kilka lat doprowadzałam włosy do porządku! Teraz są moją dumą i wcieram w nie olejki, odżywki, spraye…. Zawrotu głowy byście dostali! Jedne dziewczyny mają tonę kosmetyków do makijażu, a ja do włosów… I pielęgnacji twarzy. Syfom śmierć!

8. Większość moich znajomych, to faceci

Nie wiem, dlaczego. Czy z racji sportu, jaki uprawiam, czy kierunek studiów, jaki obrałam, czy charakteru. Po prostu obecnie 3/4 moich znajomych, to faceci. Lepiej się z nimi dogaduję, nawet czuję, że jestem bardziej zrelaksowana przy nich, niż kiedy zadawałam się z dziewczynami. Wiecie, dziewczyny głównie trajkoczą o tym, że wyrwałyby tego, albo tamtego i zazdroszczą często, że któraś inna z nimi gada, nie one. Podoba mi się jakiś facet? Wydaje mi się interesujący? Podejdę, zagadam. Jeśli złapiemy wspólne fale czy to od razu, czy po chwilowo niezręcznej wymianie zdań – spoko, nie dogadamy się – trudno, tego kwiatu pół światu. Nawet nie chodzi o wyżej wymienioną sytuację, tylko po prostu nie lubię babskich gierek. Nie oznacza to, że nie lubię towarzystwa swojej płci, w końcu trzeba mieć z kim ponarzekać na comiesięczną ofiarę z krwi dla Matki Natury albo na… Facetów właśnie. Czasami są niemożliwi. Na codzień mówią do ciebie “chłopie”, a się ubierzesz jak człowiek i umalujesz, to zapominają języka w gębie – przykład pierwszy z brzegu. Chyba się ze mną zgodzicie?

9. Lubię gotować

Według współlokatorów, gotuję najlepiej z naszej piątki. Staram się jeść w miarę zdrowo i zróżnicowanie na studencki budżet, a moja “świta z pokoju 55” często mi zagląda do garnka z minami mówiącymi “Zjadłbym trochę!” na chilli con carne, domowy kebab czy pieczone warzywa albo “Co to cholera jest?”, kiedy widzą zupę pomidorową…. Z ryżem. Nic nie przebije dobrze doprawionej pomidorówki! Moje remedium na kaca zaraz obok 7up’a. No i wolę wiedzieć, co jem. Mam świra na punkcie czytania etykiet, a mając do wyboru gotowca z dwudziestoma różnymi “E” i ugotowaniem czegoś od podstaw, co mi zajmie chwilę czasu, to wybiorę drugą opcję, chybaże żołądek mi się wywraca na drugą stronę z głodu i jestem na zupełnie innym krańcu półmilionowego miasta.

10. PANICZNIE boję się igieł!

Nie znoszę, nie cierpię, nienawidzę! Gdy mam wezwanie na jakieś szczepienie, to unikam jak ognia właśnie dlatego, że igła, którą robi się szczepionkę jest zwykle, w moim chorym postrzeganiu, wielka jakby chcieli mi zrobić biopsję! Kiedy nie muszę, to nie robię. Dlatego się nie szczepię na grypę. Niby powinnam, ale całe życie nie miałam szczepienia na grypę, i żyję! Zimą raz-dwa odchoruję swoje i mam spokój na cały rok. Za to na szczepienie na zapalenie opon mózgowych poszłam na początku sierpnia tego roku, ALE dopiero, gdy przeczytałam kilka artykułów, badań, statystyk i innych, a to wszystko mówi, że to chorubsko jest plagą wśród studentów. I tak trzy dni chodziłam jak naćpana. Przyznaję, nie mam jeszcze wymarzonego tatuażu głównie dlatego, że na widok igły prawdopodobnie bym uciekła, gdzie pieprz rośnie. Nawet nie chodzi o kasę, bo ta zawsze się znajdzie. Tak samo z krwiodawstwem. Poważnie, chciałabym oddać tą szklaneczkę płynu uwielbianego przez wampiry dla kogoś, kto na przykład choruje na białaczkę, albo stracił dużo krwi w paskudnym wypadku, ale na widok igły i na świadomość, że ta będzie wbita w moją żyłę jakiś czas, najprawdopodobniej bym albo zemdlała, albo uciekła, aż by się za mną kurzyło. Namówicie mnie na skok ze spadochronem, na kąpanie się w jacuzzi, gdy na zewnątrz jest kilkustopniowy mróz, na popis moich wątpliwych zdolności wokalnych przed barem pełnym ludzi, gdzie jest wieczór karaoke, na różne głupie lub szalone rzeczy, ale na coś, gdzie w grę wchodzą igły – nie ma szans! Także mamo, możesz być spokojna, heroiny nie tknę w życiu.

Od teraz wiecie o mnie ciut więcej, a tymczasem idę zakuwać na zajęcia ze… Wszystkiego! Niby początek studiów, a już nam zadają przeczytanie całej biblioteki!

Advertisements

10 thoughts on “10 faktów o mnie – UWAGA! Pisane pod wpływem napojów wyskokowych!

  1. Też mam skłonności do zbierania drobniaków. Część z nich wypełnia puszkę po chupa-chupsach i wspólnie służą do blokowania drzwi od balkonu. Po latach uzbierało mi się jakieś 5 kilo “miedzi” :P.

    Like

  2. Mamy kilka wspólnych punktów: 1,3,4,i 5. 🙂 Nigdy nie wyrosnę z bajek. Ostatnio żeby poprawić sobie humor oglądałam “Arystokraci” i “Król lew 2”. Fajnie sobie przypomnieć czasy dzieciństwa. Również jestem introwertykiem. Uwielbiam przebywać w samotności, nie mam z tym problemu jak muszę sama zostać w domu cały dzień. I zawsze ciśnienie mi się podnosi gdy ktoś przerywa mi daną czynność np. pisanie notki na bloga. Albo jak próbuję zasnąć i ktoś mnie budzi bez powodu…

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s