UWAŹAM, ŻE…. Król Lew jest przereklamowany

Pierwszy post od dłuższego czasu zainspirowany żywą dyskusją z moim znajomym ze studiów, jak i około 99% populacji uwielbiająca tę bajkę.

Pewnie każda osoba chociaż raz w życiu słyszała opinię, że Król Lew najlepszą bajką Disneya, bo jakich to wartości nie przekazuje, lub sama tę opinię wyznaje. Nie mówię, że nie, ale osobiście ta opinia mi grubymi nićmi szyta. 

Niedawno sobie przypomniałam ten już 23-letni twór (Boże, jak ten czas leci!) I jedyne, co widzę w KL, to mocno ocenzurowanego Hamleta i Hakunę Matatę, a jedyne wartości, jakie wyciągnęłam z seansu, to to, że trzeba się upominać o swoje, rodzina nie zawsze jest tymi dobrymi – czasem wręcz przeciwnie – i że prawdziwi przyjaciele, z którymi zjadło się beczkę soli, zawsze ci pomogą w potrzebie. Tylko trzy wartości, i to raczej nie te uznawane przez niektórych ludzi.

Tak serio, to KL oglądałam głównie ze względu na humor, Rafikiego, i Timona i Pumbę. Gdyby nie to, prawdopodobnie wyłączałabym tę bajkę po pięciu minutach. 

A może wzrok mi się pogorszył i potrzebne mi nowe okulary? Jeśli tak, to niech mnie ktoś oświeci, jakie wartości przekazuje ta konkretna bajka, bo osobiście niczego głębokiego w niej nie widzę. Chcecie wartości? Obejrzyjcie Mulan, Gdzie jest Nemo, Anastazję (wiem, że nie Disney, ale mam ogromny sentyment do bajki na podstawie historii Carówny Romanowej), Planetę Skarbów, Jak Wytresować Smoka, Dzwonnik z Notre Damme…. jest tyle fajnych bajek, i to nie tylko Disneya, z fajnym przesłaniem, a wszyscy tylko Król Lew!

Przykład? Mulan, moja bohaterka dzieciństwa. Zastępuje schorowanego ojca w wojnie z Hunami wbrew tradycji, myśli niestandardowo (zamiast zabić jednego Shan Yu, zdziesiątkowała niemal całą bandę wywołując lawinę jednym działem – szacun!), to ona ratuje X chłopa niezliczoną ilość razy, zamiast czekać, aż znajdzie sie jakiś książę na białym koniu, ratuje cesarza i całe Chiny… Ludzie, to Mulan jest pierwszą Disneyowską dziewczyną, która bierze los we własne ręce, nie jakaś Anna z Elzą! Odwaga, mocny kręgosłup moralny, wyrwanie się z konwenansów, łeb na karku i wartości rodzinne – check!

Anastazja? Znowu, dziewczyna bierze los w swoje ręce. Zamiast iść do pracy do przetwórni ryb tuż po wyjściu z sierocińca, idzie z buta do Petersburga szukać bliskich, o których wie tylko tyle, że dali jej wisiorek z napisem “Razem w Paryżu”. Kto nie płakał na scenie, gdy Anastazja z babcią śpiewają razem na końcu historii, niech pierwszy rzuci kamieniem! Do tego główna bohaterka nie jest typową protagonistką w bajkach, bo jest pyskata, wyszczekana, uparta, wie, czego chce, a jej głównym celem nie jest wyjście za księcia z bajki, tylko odszukać rodzinę i wspomnienia o samej sobie, wiedzieć, kim jest.

Jak wytresować smoka? Główny bohater – chudy fajtłapa, któremu wszystko leci z rąk, nie jest typowym wikingiem, czego oczekuje od niego ojciec. Za to okazuje się, że umie oswajać smoki i jest pierwszym wikingiem w historii, który zamiast zabijać wielkie gady, lata na nich. Jaki można wyciągnąć z tego wniosek? Dla mnie bardzo fajny, bo ta bajka pokazuje dzieciakom, że dlatego, że nie są tacy, jak reszta, nie znaczy, że są gorsi, a wręcz mogą się kiedyś przyczynić dla dobra ogółu. TO JEST WARTOŚĆ! 

Gdzie jest Nemo? Od kiedy obejrzałam tą bajkę w wieku szesnastu lat, pierwszy raz od kupy lat, powtarzam, że każdy nadopiekuńczy rodzić powinien ją obejrzeć. Czarne na białym jest pokazane, że nadopiekunczość może rodzicom wypalić w twarz, i to w ten najgorszy sposób. A że przy okazji mogą przeżyć przygodę życia….

Wygadałam się, teraz możecie mnie zjechać. Ewentualnie podrzucić w komentarzach opinię, co do Króla Lwa, albo innych bajek, i co przekazują. Swojego zdania jednak nie zmienię.

Advertisements

Ten pierwszy raz

Nigdy nie zrozumiem tego szału na to, żeby chłopaka mieć jak najwcześniej, pierwszy pocałunek tak samo, a seks, to już w ogóle. Jeśli nie masz tego wszystkiego za sobą przed szesnastym rokiem życia, to idź do zakonu, dziewczyno, bo żaden cię nie chce!

Nie będę prawić tu frazesów o tym, że w szkole, to trzeba się tylko uczyć, relacje międzyludzkie, związki zostawić na dorosłość, a “wianuszek oddać mężowi po ślubie”. Nie o to tu chodzi. Chodzi mi o to, że dzieciaki chcą być na siłę dorosłe, a później są takie kwiatki, jak małoletnie ciężarne. Nie chodzi też o to, by być Żelazną Dziewicą – idźcie całować się pod tym drzewem, pieprzcie się jak króliki, byle z czymś takim jak GŁOWA!

Sama za czasów szkolnych byłam zakompleksioną nerdówą, która chowała się za niewyparzonym językiem i lotnym umysłem. Nie raz tymi dwoma doprowadziłam nauczycielki do płaczu, bo potrafiłam zagonić je w kozi róg przy całej klasie. Miałam dobre oceny i dobrych kolegów, tylko miałam straszne zafiksowanie na punkcie tego, że niby nie jestem zbyt urodziwa i niby dlatego nie mam chłopaka, a bez tego jestem z jakiegoś powodu mniej wartościowa. Z perspektywy czasu uważam to za komedię, ale wtedy była to dla mnie tragedia. Myślałam, że umrę wieczną dziewicą i starą panną z trzydziestoma kotami, bo w wieku trzynastu lat się jeszcze nie całowałam, a wieku szesnastu dalej miałam “wianek”. Kilku osobom nawet nałgałam, by “być fajna”, za co, jeśli te osoby mnie teraz czytają, przepraszam.

Ale wiecie, co? Teraz się trochę podśmiechuję z tych wszystkich dziewczyn, które pierwszy raz się całowały mając nawet kilka lat, “ale im się nie podobało”, a słynny pierwszy raz miały za sobą w wieku lat czternastu, “ale strasznie bolało”. Jak teraz patrzę z perspektywy czasu na siebie i patrząc na doświadczenia niektórych koleżanek, to jednak jakoś lepiej mi na duszy, że rodzice mnie nie przyłapali w jednoznacznej sytuacji z chłopakiem w moim pokoju “pod ich dachem”, albo że nie robiłam tego w szkolnej toalecie na przerwie, “bo starzy w domu, to lepiej w warunkach polowych”.

Pierwszy raz się całowałam w wieku lat siedemnastu z kolegą, z którym czuliśmy do siebie miętę. Były też inne rzeczy, ale szczegóły zatrzymam dla siebie. Jego rodzice wyjechali na urlop i obściskiwaliśmy się na skórzanej kanapie w salonie. Miło to wspominam. Tak samo “ten jeden jedyny pierwszy raz” był spontaniczny z przystojnym pół Japończykiem, pół Włochem w moim pokoju w akademiku na studiach w wieku lat dziewiętnastu. “Samo wyszło” i te wszystkie legendy o tym, jak to nie boli włożyłam między bajki, a ja nie żałuję, w porównaniu do niektórych moich znajomych.

Back to school

Wiem, wiem. Raz, że dawno mnie tu nie było, a dwa, że piszę o temacie, który mnie już nie dotyczy. Może i tak, ale mam kilka przemyśleń co do tegoż tematu w związku z tym, co zaobserwowałam podczas ostatnich dni sierpnia, które spędzam w Polsce.

Jestem sobie w jednej z gdańskich galerii zakupowych. Ośrodek rozpusty, konsumpcjonizmu i miejsce, gdzie mój wewnętrzny zakupoholik ma raj. Oglądam książki w księgarni, akurat była przecena, i widzę tę oto scenę:

Kobiecina może koło trzydziestki z chłopcem w wieku szkolnym. Wchodzi do księgarni najpewniej w celu kupienia wyprawki dla syna. Od razu czuć od niej wibrację w stylu “lepiej mnie nie dotykać” i oczywiście co – targa chłopaka za ramię, ten aż piśnie z bólu i babeczka mówi mu teksty w stylu “zobaczysz, Pan przyjdzie i cię zabierze, jeśli będziesz się tak zachowywać”, a chłopak po prostu patrzył sobie na książki. Ja wiem, że brak skupienia u kilkulatka może denerwować, ale nerwica mnie bierze, gdy widzę takie coś! Chłopak sobie patrzy na książki, może coś go zainteresowało, a matka go za fraki, bo kolor długopisów ważniejszy!

Tak samo inna sytuacja, może z innej beczki, ale równie denerwująca. Starsza kobiecina na spacerze chyba z wnuczką (albo córką, nie wiem, pomarszczona strasznie była), której robi wywód na jakiś temat. Usłyszałam jedynie urywek, który mówił “zobaczysz, już nic więcej ode mnie nie dostaniesz!”. Akurat w pobliżu była policja, chyba kogoś aresztowali, na co mała Wiewiórka mówi “o! Policja!”, na co Pani mówi “tak, przyjechali po ciebie, by cię zabrać”, na co dziewczynka omal się nie popłakała. Miałam już babsko za to zjechać, ale się ulotniła z małą. Pewnie, strasz dalej dziecko! Tylko później się nie dziw, że w razie, gdy się zgubi, czy coś się stanie, chociażby twojej starej i durnej dupie, co jest dosyć prawdopodobne, mała będzie wolała się błąkać po okolicy, zamiast podejść do policjanta, lub innej formy władzy, by poprosić o pomoc, bo będzie się bała, że “Pan ją zabierze”. 

Kurwa! Cały arsenał wojenny mi się w kieszeni otwiera na takie sytuacje! Jak nie ma się cierpliwości do dzieci, to się ich sobie nie sprawia! Mało to ludzi z problemami na tym świecie, bo rodzice “chcieli przecież uchodzić za porządnych”, lub “babcia chce zobaczyć wnuki”, więc machnęli jedno, albo kilkoro?

Wiem, wiem, sytuacje wyrwane z kontekstu, ale sama dobrze wiem z autopsji, jak takie gadanie potrafi wpłynąć na małego człowieka.

“Będziesz miała swoje, to zobaczysz!”. Nie, swoich mieć nie będę, bo dobrze znam samą siebie i dobrze wiem, że najpierw muszę sobie sporo spraw poukładać w głowie, rozliczyć z przeszłością, bo przede wszystkim właśnie nie chciałabym sprowadzić na ten świat i wychować kolejnego człowieka z problemami z samym sobą. A im więcej widzę sytuacji, jak wyżej wymienione, tym bardziej się utwierdzam w tym przekonaniu. Według mnie, takie podejście jest chyba lepsze, niż machnąć dwójkę, najlepiej jeszcze przed maturą, ledwo wiązać koniec z końcem i swoje kompleksy przelewać na drugą jeszcze nie ukształtowaną osobę.

Zrobił sie nieco off-topic, a miało być o sprawach szkolnych. Więc dobra, przemyślenie numer dwa.

Idę sobie do marketu i widzę, jak dzieciaki rozdają jakieś ulotki, chyba skauci. Chciałam się prześlizgnąć przez wejście niezauważona, ale dopadł mnie najmniejszy z nich i z wielkimi ślepiami mówi do mnie “Dzień dobry, proszę Pani” i wyręcza mi ulotkę. Serca nie miałam, by odmówić, to wzięłam.

Czytam, akcja w stylu “wyprawka szkolna”. Piszą o tym, jak dużo rodziców nie stać na wyprawki szkolne dla swoich dzieci. Pierwsza myśl – bujda na resorach, kogo nie stać na zeszyty, jakieś kredki, ołówki, długopisy itd.? I wtedy naszła mnie druga myśl – Pamiętasz, jak byłaś w klasach 1-3, to kazali dzieciakom mieć po co najmniej trzy bloki? Zwykły, techniczny i kolorowy. Do tego jeszcze jakieś kredki 100 kolorów, ołówki pięciu twardości, długopisy i koniecznie pióro wieczne. Przecież dzieciak nie może po prostu pisać zwyczajnym długopisem, bo pisać piórem trzeba się nauczyć. Albo klasy już starsze, chociaż nadal podstawówkowe? 4-6 mam na myśli. Trzynaście przedmiotów, do każdego osobny zeszyt, a jak myślę o cenach podręczników jeszcze tych “za mojej kadencji”, to aż słabo mi się robi.

Miałam kupić tylko wodę mineralną i drożdżówki na drogę do Wrocławia, a kupiłam wyżej wymienione, zestaw długopisów, dwa zeszyty, kredki bambino i zestaw ołówków, i oddałam wolontariuszom, którzy kierowali grupą tych dzieciaków przy wejściu. Dla mnie to tylko parę złotych więcej, a komuś może to pomóc. 

Nie chwalę się, nie o to tu chodzi. Po prostu najbardziej szkoda zawsze dzieciaków. Sama dobrze pamiętam, że gdy zapomniałam głupiej bibuły na zajęcia, pieprzonych farbek, czy czegoś innego, to raz, że pożyczenie czegoś graniczyło z cudem, a dwa, że inne dzieciaki potrafiły mnie za to wyśmiać. Nie chcialabym, żeby też ktoś to przechodził, więc chociaż trochę mogę pomóc. Sama niewiele mam, ale dziesięć złotych na kilka przyborów dla kogoś innego mogę wydać. 

I wtedy naszła mnie trzecia myśl pod tytułem “jak nie stać na dziecko, to się zabezpiecza!”, ale mój pogląd na ten temat już chyba znacie.

Stare śmieci

Sierpień i kawałek września bieżącego roku mam zamiar spędzić w Ojczyźnie, jaką jest Polska. Z jednej strony super, że w końcu zwiedzę kawałek kraju, jak trzeba (przez siedem lat w Anglii więcej zobaczyłam właśnie w tym kraju, niż przez 13 pierwszych lat mojego życia w Polsce. Wstyd i hańba!), ale z drugiej strony nie widzi mi się wizyta w rodzinnym mieście…. Niby nie muszę, ale dowód chcę mieć, by nie chodzić wszędzie z paszportem. Broń Boże się gdzieś zapodzieje i weź płać za kolejny egzemplarz, unieważnienie zaginionego dokumentu i wyjazd do ambasady w Londynie.

Dlaczego na myśl o wizycie w rodzinnym mieście odczuwam dyskomfort? Jedno słowo – dziura! Dziura, w której niekoniecznie wszyscy się znają, ale wieści jednak szybko się niosą. Niby minęło ładne sześć lat, od kiedy ostatnio byłam na Dolnym Śląsku, ale jednak jakaś obawa jest, że mimo sześciu lat czasu, farbowanych włosów, innego sposobu ubierania się i zgubionych kilogramów – ktoś mnie rozpozna. Pal licho, jeśli będzie to koleżanka, z którą się nie widziałam szmat czasu, a rozstałyśmy sie w dobrych stosunkach, albo kuzynka, która jest dla mnie, jak młodsza siostra, ale oprócz starych znajomości, są też i starzy, może nie wrogowie, ale ludzie, których na pewno nie darzę sympatią.

Wiecie, pewnie każdy w życiu znał jakiegoś cwaniaczka, który w szkole był kozakiem, a dziesięć lat później mówi “Poratuje kierownik złotóweczką?/Pomożesz w X sprawie, bo ty w tym siedzisz?”. Poratować mogę – kopem w to miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę!

Nie chodzi o jakąś zemstę, czy chowaną urazę, ale nie widzi mi się pomaganie komuś, kto przez X lat mnie dręczył. Niech karma do danej osoby wróci, ot co. Jest jeszcze druga sprawa – połowy osób już po prostu nie kojarzę, do tego czas robi swoje. Nie chcę być też postawiona w sytuacji, gdy ktoś do mnie podchodzi i zaczyna gadać jak ze starą znajomą, a ja mówię “Sorry, czy my się znamy?”. Z drugiej strony, takie sytuacje są dla mnie komiczne.

Coś o Disney’u

Wiecie, że uwielbiam bajki Disneya. Wszyscy je uwielbiamy. Mówi się nawet, że bajki o księżniczkach i księciach na białym koniu wypaczają dziewczynkom, a później kobietom, obraz mężczyzny. Może jest w tym ziarno prawdy, ale mam nieco inną teorię co do tego twierdzenia.

Otóż, niektórzy faceci się strasznie bulwersują, że kobiety lecą na “Bad boys”, prawda? Jednak, co zrobić, gdy w książkach, bajkach, kreskówkach, filmach i innych środkach przekazu ci sami “źli chłopcy” są po prostu… bardziej interesujący. Nie są jednowymiarowi jak taki książę na białym koniu, którego jedynym celem w całej bajce jest uratowanie księżniczki, wzięcie z nią ślubu i spłodzenie potomka. Nuda, jak flaki z olejem!

Uwielbiam Kopciuszka, Śpiącą Królewnę i Królewnę Śnieżkę, ale ich księża nie zapadli mi specjalnie w pamięci. Oglądając te bajki po latach, wręcz zastanawiam się, czy twórcy nie zrobili z nich przypadkiem krypto-gejów, bo tacy lalusiowaci i w ogóle coś mi w nich nie pasuje. Jednak, gdy widzę Jimma z “Planety skarbów”, który swoją drogą był moją pierwszą miłością, albo Flynn Ridera vel Julek z “Zaplątanych”, to raz, że te postacie są bardziej rozbudowane pod względem charakteru, a dwa, że są dla mnie bardziej wiarygodni. Mają swoje za uszami, nie są nieskazitelni, swoje w życiu też przeszli, no i proporcje ich ciał są dla mnie bardziej ludzkie, normalne. No i przede wszystkim zachowują się, jak facet! Na ostatek dodam też, że nie mają tytułu, tylko mogliby być chłopakami z sąsiedztwa każdego z nas.

Także osobiście Disneya obwiniam nie za to, że chcę takiego nieskazitelnego księcia na białym koniu z hajsem i setką służby na pstryknięcie palców, a za to, że chcę właśnie takiego “złego”, co nie da mi się nudzić w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chcę przygody, faceta, który ma coś do powiedzenia, łeb na karku, poczucie humoru i jest przy tym atrakcyjny. Proszę o zbyt wiele?

Tak, tak, właśnie skończyłam oglądać “Planetę skarbów”.

Wytwórnia DreamWorks też ma takie “grzechy” na swoim koncie. Przykład? Choćby “Shrek”, który dla mnie jest już klasyką. Brzydki ogr, który nie grzeszy manierami, higieną i innymi, a jednak znalazł swoją drugą połówkę, teoretycznie z innego świata. Wniosek? Każda potwora znajdzie swojego amatora.

Zielonego ogra darzę ogromną sympatią, ale co do zawyżonych wymagań w stosunku do facetów, to można by wziąć na warsztat… “Jak wytresować smoka”, a raczej drugą część tego filmu. Tak, tak, mam na myśli tą bajkę z fajtłapowatym wikingiem, który bardziej przypomina wykałaczkę, ale jednak serce, które jeszcze ma gdzieś na dnie małą dziewczynkę, bije mocniej na widok Czkawki z drugiej części, kiedy swobodnie spada i testuje “latającą wiewiórkę”. W ogóle, fajnie go tam narysowali.

Kurde! Jaram się postaciami z filmów dla dzieci!

Mam ból dupy

Do tego wpisu zainspirowały mnie dwa przypadki – pewien wpis, który znalazłam na wordpressie, oraz negatywne komentarze pod filmikami obcokrajowców, którzy POZYTYWNIE się wypowiadają o kraju nad Wisłą. Zwłaszcza te o kobietach, Polkach, naszych ponoć najlepszych na świecie.

Pierwsze, co widzę w komentarzach o kobietach, nas Polkach? Wbrew temu, nie to, że jesteśmy “naj” na świecie. Przynajmniej nie w tym pozytywnym sensie. Jesteśmy ponoć “naj”, ale…

Najbardziej puszczalskie. Wyżej ponoć skaczemy, niż dupy mamy. Ponoć wcale nie takie ładne, jak to się mówi. I wieeeele innych, aż mi się nie chce cytować. Ale wiecie, co jest w tym najlepsze? Że najpewniej 90% tych komentarzy jest pisana przez starych kawalerów, albo typów, którzy nie zauważyli, że mamy XXI wiek, jesteśmy w Europie, nie jakiejś Arabii, gdzie facet jest panem i władcą w centrum uwagi i kobieta jednak ma swoje prawa.

Piszę to, jako kobieta – mam prawo pieprzyć się z nim chcę, kiedy chcę i jak chcę. Mam prawo do tej samej pensji, co facet za wykonywanie tych samych obowiązków. A biorąc pod uwagę wymagania społeczeństwa co do naszego wyglądu, nawet więcej. Zacytuję tu monolog Cezarego Pazury – “Powinnyście mieć taki dodatek pielęgnacyjny. Sto dolców na waciki od Killera”. Czemu niby nie? Społeczeństwo, a raczej faceci, chcą miec laski? Niech inwestują! Przynajmniej w siebie, bo co niektórzy panowie, nie tylko z resztą z Polski, by nie było, że jestem jednostronna, raczej sami też nie mają się czym chwalić, a wymagania co do babeczek mają nie wiadomo jakie. A jak jaka mu odmówi? To puszczalska!

Boski paradoks, naprawdę!

Teraz wam powiem, co do tego, że niby dziewczynom i kobietom “odbija”, gdy wyjadą za granicę, na ten słynny już “Zachód”, bo sama znam nieco temat z autopsji. Wiecie dlaczego? W Polsce się trzyma kobiety na smyczy już od maleńkości. Wiecie, zrób to, tamto, inaczej nie znajdziesz sobie faceta itd. Wbija się młode dziewczyny w ramy konwenansów i jakiejś chorej tradycji, a kilka lat później taka jedzie sobie do Niemiec, Holandii, Szwecji, Francji, czy najbliższej mi Anglii i słyszy nagle od tak zwanych “tubylców”:

Nie chce ci się gotować? Zamów na wynos!
Nie chce ci się stroić? A w dupie miej!
Masz ochotę na tego gościa przy barze? Bierz, aż wióry z łóżka polecą i baw się dobrze, byle bezpiecznie!
Chcesz się zalać w trupa, by zapomnieć o wyżej wspomnianym gościu? Nie żałuj sobie!
Akurat ten facet cię nie chce? Tego kwiatu pół światu, jak nie ten, to następny!

W skrócie – ludzie tak na serio mają w dupie, co kto robi. Dopóki życie jednej osoby nie ingeruje negatywnie w życie osoby drugiej, to 97% społeczeństwa ma to nisko i głęboko. Od wyjścia z gimnazjum raczej nikt nikomu nie zagląda do życia. A pozostała reszta? Cóż, na moich studiach to się nazywa błąd statystyczny (tak, sport i statystyka, genialne połączenie).

Poza tym, wracając do negatywnych komentarzy POLAKÓW na temat POLEK. Znam dużo facetów w przedziale wiekowym 18-25. W większości biali Europejczycy, nawet znam dwóch Amerykanów… Polskiego pochodzenia z resztą. Mam też sąsiadów w rodzinnym mieście (tym angielskim), raczej wiekowych. Dużo rozmawiam z obcymi osobami na ulicy, w parku, ogrodzie botanicznym itd. Jakimś cudem negatywne słowo co do Polaków i Polek (rozmowa na ten temat zawsze się wywiąże przez mój wyraźny akcent), usłyszałam tylko w jednym wypadku – że dużo pijemy. No i, że ponoć zabieramy im pracę, ale pracowitych inaczej nie bierzemy pod uwagę. Ludzie też mnie nie traktują jak intruza ze względu na pochodzenie – na przekór temu, co mówią media i David C. A do Polonii, która uważa, że to polskie dziewczyny się puszczają, to zapraszam do Anglii – Angielki to dopiero bezwstydne imprezowiczki!

Jest też sprawa, że sorry memory, ale babeczki też chcą poeksperymentować z tym i owym, zanim się ustatkują.

Co do facetów 18-25, Europejczycy, blabla, to jakaś połowa z nich miała dziewczynę Polkę w pewnym momencie swojego życia, a druga połowa o dziewczynie z Polski marzy i zazdrości tym pierwszym. Dlaczego, sama nie wiem, naprawdę. Traktują nas jak jakieś nimfy leśne – każdy słyszał, nie każdy widział. W szkole miałam nawet kilkoro dzieciaków, którzy po polsku nie mówią za cholerę, ale jeden z rodziców, albo i dziadków, jest z Polski. Nie wiem, z czego to wynika, że “rdzennych mieszkańców” Zielonej Wyspy ciągnie do Kraju nad Wisłą, ale bardzo nas lubią.

“Takiej po obcokrajowcu kijem bym nie tknął!” – fajnie, ja takich jak ten pan też nie. Osobiście nawet preferuję obcokrajowców, więc też dla co najmniej 70% polskich panów wypadłam z obiegu już dawno. Mam też wymagania, które znacznie przekraczają kompetencje tych 70%. I komu teraz łyso?

Dlaczego wolę obcokrajowców? Nie będę mówić, że przystojniejsi, niż “nasi”, bo patrząc na niektórych moich kolegów z podstawówki obecnie sama bym szarpała jak Reksio szynkę, ale jednak mentalność tych na zachód od dawnej Żelaznej Ściany jednak jest nieco inna. Wiedzą, że jeśli sami sobą nic nie reprezentują, to dostaną od losu równie niereprezentatywną dziewoję. Tak samo z dbaniem o siebie – na flejtucha w pomiętym T-shircie, który nie widział pralki od dwóch tygodni, dziewczyna jak z okładki raczej nie poleci. Nie dogodzisz w łóżku, jak trzeba? Dziewczyna zrobi takiemu sajgon, jeszcze strzeli w łeb na do widzenia i więcej jej nie zobaczy. Taki najprostszy przykład. Wszystkie wyolbrzymione, acz w dużym stopniu prawdziwe.

No i jest jedna bardzo ważna rzecz – od gimnazjum wzwyż raczej nikt nie nazywa dziewczyny, czy kobiety puszczalską, tylko dlatego, że lubi seks, a facetów też sobie lubi od czasu do czasu pozmieniać. Poza tym, przyznajcie, do 25-go roku życia raczej ciężko znaleźć kogoś stałego w uczuciach, a jednak to coś między nogami czasami się domaga czegoś poza kolejnym wymyślnym wibratorem.

Wniosek? Zanim nazwiesz koleżankę szmatą, puszczalską, kurwą, dziwką tylko dlatego, że lubi mężczyzn, seks, a broń Boże ośmieli się z obcokrajowcem – najpierw spójrz na siebie, drogi obywatelu, czy ty też czasami nie marzysz o seksie grupowym, albo przygodzie na jedną noc z jakąś Rosjanką. Pomyśl też, czy może jakaś kobieta z twojej rodziny też nie była święta mając te 20-parę lat. Boli ta myśl? Każdy kij ma dwa końce, a seks dla większości ludzi to po prostu… seks, potrzeba fizjologiczna taka, jak najedzenie się, lub wysranie.

Jest jeszcze kwestia, że być może jakiś Enrique, Joseph, czy inny Pierre, daje polskim dziewczynom coś, co polscy faceci nam nie dają?

Dobra, wygadałam się, możecie mnie zjechać!

PS. Jeśli wkurzyłam tym wpisem panów, którzy serio się starają dla swoich obecnych, lub przyszłych – ten wpis, to nie o was, a o waszych parodiach. Wy natomiast u mnie macie po dobrej whiskey, czy wódce, jak kto woli i tzw. propsy. Może ktoś mnie też kulturalnie wyprowadzi z błędu? 🙂

Co bym powiedziała młodszej sobie?

Tak się kiedyś zastanawiałam nad wyżej wymienionym zdaniem i doszłam do wniosku, że chociaż moje, mimo wszystko krótkie, życie dużo mnie nauczyło, to też bardzo chętnie bym podjęła inne decyzje, gdybym miała ku temu okazję. Co bym w takim razie powiedziała, powiedzmy, dziesięcioletniej, wówczas zahukanej mnie?

1. Ktoś cię popycha? Oddaj trzy razy mocniej
W każdej konfiguracji. Po prostu, by się postawić pewnym osobom czy to w szkole, czy w rodzinie. Przed rozwodem rodziców miałam dosyć nie ciekawą sytuację w domu. W pewnym momencie uznałam to za normalne, że ludzie cię upodlają, gdy im nie pasujesz, więc rzuciło się też to na sytuację wśród rówieśników. Nie, kochana, to nie jest normalne. Jeśli ktoś ci robi krzywdę, czy psychicznie, czy fizycznie, to nie jest normalne. Trzeba to albo przegadać z kimś dorosłym, albo znaleźć w sobie siłę, by przełamać błędne koło i wysyczeć prosto w oczy “spierdalaj” albo pociągnąć z bani, lub skorzystać z innego rozwiązania siłowego, gdy słowa nie docierają. Kiedyś mądra kobieta powiedziała “Nikt nie może cię upokarzać bez twojego pozwolenia”. Eleonora Roosevelt, o ile dobrze pamiętam?
Nie chodzi o to, by się napierdalać z ludźmi przy każdej okazji, ale po prostu gdy nie dociera do kogoś po dobroci – trzeba po złości.

2. Będzie dobrze
Za trzy lata wyjedziesz na drugi koniec Europy. Za sześć skończysz szkołę jedną, za kolejne dwa drugą i pojedziesz na studia do Sheffield. Jak ci pójdą i czy będą przydatne, to się okaże. W międzyczasie wylaszczysz się. Może nie będziesz modelką Victoria Secret, ale będą o tobie mówić, że wyglądasz jak mix Lzzy Hale, Lany Del Rey i Hayley Williams, a znienawidzone okulary jeszcze będą tobie pasować.

3. Jak nie ten, to inny
W końcu tego kwiatu pół światu, a trzy czwarte huja warte! Nie bój się, jeszcze się dorobisz swojej “kartoteki”.

4. Marzenia się spełniają
Może brzmi to jak pusty slogan, który wmuszają w ciebie media, rodzice, nauczyciele i autorytety, które w życiu nie przepracowały dnia, bo mają coś w spadku, ale to prawda. Przykład? Na studia wyjedziesz do Sheffield, skąd pochodzą trzej twoi ulubieni muzycy. W sumie dwa zespoły i jeden solista, który już niestety nie żyje. Na pierwszym roku pojedziesz w Alpy i nauczysz się jazdy na tak pstrokatym snowboardzie, że nawet stereotypowy gej by go nie założył. Zaczniesz uprawiać sporty walki. Wymieniać dalej?

5. Naucz się mówić “nie”
Tak po prostu. Bo nie chcesz, bo ci się to nie podoba, bo nie masz kasy, bo tak, bo to nie twój klimat itd. Niech cię ktoś uzna za nudną, ale chyba nie chcesz na ten przykład obudzić się rano w jakimś nieznanym miejscu z obcym facetem, bo wypiłaś o jednego drinka za dużo i urwał ci się film?

6. Alkohol nie jest “cool”
Chociaż tak to pokazują, w najbliższym otoczeniu, twoi koledzy. Alkohol spożywany w dużych ilościach przez dłuższy okres czasu może wywołać dziury w pamięci, marskość wątroby, uzależnienie, zrujnowane zęby, martwicę tkanek, kłopoty z motoryką, cerą, układem immunologicznym i ogólnymi funkcjami narządów wewnętrznych, raka i wiele więcej. Poza tym, przyznaj, niezbyt to smakuje, prawda? Jednakże to wszystko nie zmienia jednego faktu – w życiu są sytuacje, że jednak trzeba się napić.

7. Trawa wcale nie jest taka zła, jak mówią!
W końcu w wielu krajach jest legalna, a nawet uznawana za lek, więc nie rozumiem dlaczego się ją podpisuje pod narkotyki i substancje psychoaktywne. Wiem, że wpływa na zachowanie i postrzeganie świata, z pierwszej ręki, ale czy takich samych efektów nie ma przy alkoholu? Poza tym, jak leci ta piosenka? “Nikogo nie zabiła, a wciąż zakazana”, bo poczciwa Marysia bezpośrednio nie zabija w przeciwieństwie do alkoholu. Można się zapić na śmierć, a zajarać na śmierć już raczej ciężko. Jest jeszcze dodatkowy fakt – marihuana jest stymulantem, nie depresantem. Więc, jeśli będziesz miała mega doła tak po prostu, to lepiej skorzystaj z tego, że masz kolegów, którzy palą i idź, zajaraj z nimi, jeszcze dodatkowo ci poprawią humor, zamiast upić się w samotności.

8. Faceci są spoko
Nawet fajniejsi, niż towarzystwo pań. Nie rezygnuj jednak z kontaktu ze swoją płcią – w końcu z kimś trzeba popsioczyć na okres, wyżej wymienionych, podwójne standardy, tragiczny makijaż i inne sprawy nas dotyczące. Jednak o facetach dowiesz się najwięcej dzięki kontaktowi z nimi, nie z babskich pisemek. No i przyznaj, nikt tak nie przytula, jak oni.

9. Bądź sobą
Na studiach uwielbiają takich frików, jak ty!

10. Ludzie przychodzą i odchodzą
Niestety, czasami ci, których kiedyś uważałaś za przyjaciół, za kilka dni, tygodni, miesięcy, lat będą mieli cię nisko i głęboko. Trudno, takie życie. Za to na ich miejsce wskoczą następni, a czy będą warci twojego zachodu, to znowu pokaże czas. Nie przejmuj się koleżanką, która cię olała, gdy jechała na koncert zespołu, który obie lubicie i dobrze o tym wie, chociaż kilka miesięcy wcześniej podnosiłaś ją na duchu w związku z problemami rodzinnymi. Ty za kilka lat osobiście dostaniesz autograf od wokalisty tegoż zespołu.